Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SMF. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SMF. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 lipca 2014

Recenzja książki "Arkadia" - Iwona Michałowska

Tytuł: "Arkadia"
Autor: Iwona Michałowska
Wydawnictwo: Videograf
Ilość stron: 255
Opis wydawcy: Ziemia, bliska przyszłość. Morza zalewają coraz większe części kontynentów, niszcząc cywilizację. Do zakładu wychowawczego w Arkadii trafia Helena. Ta młoda dziewczyna podobno kogoś zabiła, lecz nie zna szczegółów tej zbrodni, gdyż każda nowa więźniarka zostaje poddana wymazaniu pamięci w miejscu zwanym ciemnią. Amnezja nie jest jednak zupełna - w głowie Heleny majaczą skrawki wspomnień, z których próbuje odbudować swoją przeszłość.
W tej apokaliptycznej scenerii rozgrywa się opowieść o nadziei, moralności, a przede wszystkim o miłości rozkwitającej na gruzach świata. Helena broni się przed uczuciem do wychowawczyni Nadii, świadoma, że mogą z niego wyniknąć tylko kłopoty. Tymczasem w zakładzie dochodzi do zbrodni, która stawia pod znakiem zapytania dalsze losy bohaterek. Co się stanie z Nadią? Czy Helena dostanie szansę wyjścia na zewnątrz, by poznać swoją historię?
Nasza opinia: Pierwsza strona zapowiada się całkiem nieźle. Pierwsze zdania powiedziały mi: "Ej stara, to będzie dobre!". Posłuchałam ich i uwierzyłam. Niestety mnie okłamały! Na początku jest nieźle, potem wszystko diabli biorą a na końcu człowiek się przyzwyczaja i da się wytrzymać. Nie chcę używać mocnych słów takich jak: "Pani Iwonie Michałowskiej starczyło pomysłów i zasobów językowych na pół strony.", ale niestety jest w tym trochę prawdy.

Siedzę. Czytam. Zwariuję. Zaraz zwariuję... Błagam, niech ktoś coś zrobi! Atakują mnie dziwne zwroty, ubogie słownictwo i niedociągnięcia! Czytam dwa zdania, muszę zrobić notatkę. Matko, czy uda mi się przeczytać chociaż jedną stronę bez konieczności spisywania uwag? Tak, udało się. Po jakichś 100 stronach niewiele się dzieje, a autorka popełnia nadal te same błędy.

Jak się przebrnie przez pierwsze 30 stron to potem nie jest najgorzej, zaczęłam się nawet trochę wciągać, ale to nie zmieniło mojego zabójczego tempa bliskiego 30 stronom na godzinę... "Arkadii" nie czyta się szybko i lekko, nie wiem w czym leży problem, bo język nie jest trudny, ale po prostu tak jest. Zmęczyłam się tą lekturą.

Dziewczyna popełniła jakieś ciężkie przestępstwo, którego notabene nie pamięta, bo wymazali jej pamięć, więc ma bordową tunikę i robi kartonowe pudła. Robi kartony, bo chyba kogoś zabiła, więc nie może robić drewnianych skrzynek jak jej koleżanki w niebieskich tunikach (one popełniły lżejsze przestępstwa i w nagrodę robią skrzynki!), ale Helena się tym nie martwi! Czasem może zrobić na kartonie pieczątkę, albo przykleić nalepkę! Nawet wiemy jakie nalepki przykleja Helena! Dam Wam cytat, bo wiem, że już nie możecie wysiedzieć z ciekawości, misiaczki. Uwaga, uwaga: "Czasem robi się pieczątki albo przykleja nalepki: "BURAKI", "JABŁKA", "OSTROŻNIE - SZKŁO". Niektórych kartonów się nie oznacza". Niektórych się nie oznacza! Co za emocje! Taka fabuła zasługuje na literackiego Nobla!

W zakładzie są związki lesbijskie. W sumie nic dziwnego. W zakładzie są same kobiety, wychowanki przeszły przez ciemnię, nie pamiętają nic z dawnego życia, albo jakieś małe skrawki. To jednak nie wysuwa się zbytnio na pierwszy plan, no oczywiście zakochanie głównej bohaterki w wychowawczyni wspomniane w opisie wydawcy (żeby nie bylo, że to ja spoileruje) zajmuje trochę większą część, ale przez połowę książki te związki stanowią delikatne tło.

W książce pojawiło się parę denerwujących zwrotów. Moim numerem jeden w tej kategorii jest "Później się dowiem...". Nie rozumiem ani troszeczkę (może ktoś mnie oświeci w komentarzu?) po jakiego grzybka tego używać. Jak się potem dowie, to się potem dowie. Gdyby to był jeszcze narrator abstrakcyjny, ale nie. Główna bohaterka, narracja pierwszoosobowa i mówi, że są kamery, że z noktowizorem, ale ona to się dopiero później dowie. Teraz jeszcze nie wie. Trochę jak spoiler, trochę jak wspomnienia bohaterki... Ni pies, ni wydra, ale na kształt świdra to też nie jest. Zapisując numery stron, uznałam, że można by zrobić z tego coś w rodzaju pijackiej gry. Czytamy książkę jednym tchem i za każdym razem, gdy w tekście pojawi się "Później się dowiem" pijemy. Może gdybym to stosowała "Arkadia" wydałaby mi się lepsza, bo już na pierwszej stronie tekstu pojawia się mój ulubiony zwrot. Naprawdę, pokochałam go tak bardzo, że chyba przepiszę wszystkie cytaty z nim, oprawię w ramki i powieszę nad łóżkiem.

Drugą denerwującą sprawą w "Arkadii" (na szczęście pojawiającą się w mniejszym natężeniu) jest poprawianie się. Moim znajomym ciężko mi było wytłumaczyć o co chodzi, więc Wy - moi kochani czytelnicy pozbawieni mojej gestykulacji z mnóstwem możliwości - dostaniecie ode mnie od razu cytat. A cytat brzmi następująco: "W tajniki więziennego, przepraszam, zakładowego życia wprowadzają mnie trzy towarzyszki z celi, to znaczy z pokoju. Na dolnych pryczach, zwanych łóżkami, śpią Sonia i Paula.". Bum! Pozamiatane! Co się stało? Autorka TRZY RAZY w ciągu jednego zdania się "poprawiła". Rozumiecie moje negatywne emocje, czy potrzebujecie więcej fajniusich cytatów?

Tak, żeby podsumować dwa poprzednie akapity powiem, że takie zwroty mogą się zdarzać, dobrze. Każdy autor ma jakiś swój styl pisania. Tylko błagam! Autorzy moi kochani, jak to się pojawia raz na jakiś dłuższy czas to jest ok, ale jeśli wciskacie to kilka razy na stronie, czy w zdaniu to ma się Was ochotę bardzo mocno przytulić. Za szyję. Drutem kolczastym.

Chcecie wiedzieć coś więcej o ciemni, która wymazuje pamięć? Tylko nie tej normalnej przez którą przechodzi każda osoba trafiająca do zakładu, tylko takiej ciemni, do której trafiają Ci, którzy wyszli na przepustkę i nie wrócili na czas. Wiola zaraz Wam wytłumaczy! Czekajcie, zaraz znajdę... O, mam! "-To, co z nimi robią, to ciemnia do kwadratu. Wychodzisz z niej totalnie ogłupiona, nie znasz świata, nazwanie najprostszej rzeczy sprawia ci trudność. Jesteś jak dziecko z dżungli i mogą z tobą zrobić wszystko. Jesteś megacwelem." Megacwelem! Jaki wyrafinowany neologizm słowotwórczy! Leśmian i Lem mogliby się uczyć od Pani Iwony Michałowskiej!

Dobrze ja rozumiem, że więźniarkiprzepraszamwychowanki nie mówią idealną polszczyzną, ale do jasnej Anielki, ciemnia do kwadratu i megacwel? Kto tak mówi? No kto? Chyba, że to slang więziennyprzepraszamzakładowy. W takim razie przepraszam.

Uwaga, uwaga! Drogi wydawco, opisy nie mają być streszczeniami. Tak tylko przypominam. Ten opis należy do tych, które zdradzają nam co najmniej połowę. Czemu, kochany wydawco, nie mogłeś napisać, że Helena po prostu się zakochuje? Czemu powiedziałeś mi od razu, że zakocha się w Nadii? Przez to tylko czekałam aż się poznają i zaczną spędzać więcej czasu razem.

Ach, jak ja uwielbiam zaznaczanie w książce z gatunku fantasy, czy science fiction informacji, że wszystko jest fikcyjne. Naprawdę, zawsze myślę, że w powieściach mam prawdziwe wydarzenia, a nie jakieś zmyślone. Szkoda, że u Tolkiena to nie jest zaznaczone, bo myślałam, że Śródziemie istnieje i chciałam pojechać do Rivendell, żeby poślubić jakiegoś elfa... Przepraszam bardzo, może się czepiam, ale w miejscu gdzie zwykle znajduje się dedykacja w książce Pani Iwony Michałowskiej mamy następujący tekścik: "Wszystkie postacie, narody, wydarzenia i miejsca w tej książce są zmyślone i nijak się mają do rzeczywistych. Prawdziwe są tylko uczucia". Ojejku... Jakie to słodkie... Tylko uczucia są prawdziwe... A to, że postaci mają ręce i nogi to już fikcja? Filmy, które oglądają bohaterowie, czyli między innymi "Co gryzie Gilberta Grape'a?" i "Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda" też nie istnieją? Hm, najwidoczniej jestem chora psychicznie i je sobie wyobraziłam na ekranie...

Chyba troszkę rozumiem to podkreślenie przez autorkę, że wszystko jest fikcyjne, bo mapka na początku książki od razu skojarzyła mi się z Polską. Tylko tak trochę zalaną, że cały wschód przykrywa Mały Bałtyk. Od zachodu graniczy z Niderlandem, a od południa z Bohemią. No i w okolicach Wrocławia mamy Wracisław. Może po prostu Iwona Michałowska nie chciała się przyznać do chęci zalania morskimi wodami naszych wschodnich sąsiadów dlatego podkreśliła fikcyjność swojej twórczości?

Teraz czytajcie. Będzie jeden pozytyw w tej recenzji! Spodobał mi się sposób opisywania przez Iwonę Michałowską chwil kiedy Helena myślała o Nadii. W pierwszoosobowej narracji zwracała się cały czas do Nadii wprost, nie myśląc, że ona cośtam, tylko ty cośtam. Przykładzik już do Was leci: "Kilka dni później posyłasz po mnie i oto znów wdycham zapach książek, kurzu, świeżego powietrza zza moskitiery i twoim perfum."

Pani Iwona Michałowska przypomniała mi czemu przez bardzo długi czas nie czytałam polskich autorów i czemu wiele osób tego nie robi. Naprawdę, tym razem serio, serio, przepraszam autorkę za to co mówię, ale inaczej nie mogę. Może to nie jest dno i wodorosty, ale "Arkadii" bardzo blisko do tego. Bardzo blisko. Bardzo.

Podsumowując, jest to książka dla osób o silnych nerwach, nie bojących się braku urozmaicenia w środkach językowych. Zdaje mi się, że napisałam wszystko co miałam do powiedzenia o "Arkadii". Mam nadzieję, że następnego dnia po publikacji tej recenzji będę jeszcze żyła. Jeśli nie to wiedzcie, że Was kocham bardzo mocno i Queen Dee też, ale jej się nie będzie chciało przeczytać pewnie.
Ocena ogólna: Small Metal Fan 4/10 Queen Dee --/--

Za możliwość przeczytania dziękuję
Wydawnictwu Videograf

piątek, 11 lipca 2014

Recenzja książki "Dopóki śpiewa słowik" - Antonia Michaelis

Tytuł: "Dopóki śpiewa słowik"
Tytuł oryginalny: "Solange die Nachtigall singt"
Autor: Antonia Michaelis
Wydawnictwo: Dreams
Ilość stron: 416
Opis wydawcy: Jari ma osiemnaście lat i w porównaniu z najlepszym przyjacielem, Mattim, jest nieporadny w kontaktach z dziewczętami. Nic dziwnego. Żył dotąd w uporządkowanym świecie stałych norm i krochmalonych koszul – brakuje mu doświadczenia. To wszystko zmienia się, gdy spotyka Jaschę. Ta wywierająca niezwykłe wrażenie dziewczyna prowadzi go ze sobą do domu w samym środku leśnej pustelni. Tam Jari odkrywa świat piękna, finezyjnych ornamentów i zmysłowego upojenia. Ale wkrótce okazuje się, że Jascha skrywa pewną tajemnicę. I że za pięknymi złudzeniami kryje się porażająca prawda. Dom na odludziu. Błądzący wędrownik. Las, skrywający zbyt wiele grobów. I niebezpieczeństwo, które wychodzi poza granice wyobrażeń.
Nasza opinia: Po książkę "Dopóki śpiewa słowik" sięgnęłam, ponieważ jak wiele innych osób byłam zachwycona "Baśniarzem" Antonii Michaelis i chciałam zobaczyć jak spisze się w innej książce. Spisała się niestety o dużo gorzej.

Jari skończył właśnie 18 lat i postanowił samotnie wyjechać w góry. W galerii spotyka niebywale brzydką dziewczynę, jednak mimo jej wątpliwej urody wyrusza razem z nią. Na skraju lasu z pozoru szpetna, garbata dziewczyna z kompletnie asymetrycznym ciałem okazuje się być pięknością. Jari wyrusza razem z Jaschą do jej domu w lesie, który tak samo jak dziewczyna, skrywa wiele tajemnic.

Jari Cizek (Czyżyk) - syn stolarza, chłopak, którego matka ma wszystko wykrochmalone i ułożone. Jascha - tajemnicza, piękna dziewczyna o głosie słowika, żyjąca sama w domu w lesie. Co wyniknie z ich znajomości? Jakie tajemnice skrywa Jascha? Tego dowiecie się jeśli przeczytacie tę książkę, ale będziecie potrzebować dużo samozaparcia.

W tej pozycji jest coś tajemniczego i magicznego, to muszę przyznać, jednak nie jest to aura cudowności, która sprawiłaby, żebym przeczytała książkę jednym tchem. Przeczytanie "Dopóki śpiewa słowik" zajęło mi naprawdę bardzo dużo czasu. Lepiej, żebym nie przyznawała się ile dokładnie. Akcja zdecydowanie nie należy do zawrotnych. Jest to raczej jedna z tych snujących się, baśniowych i klimatycznych powieści, które zaczynają w pewnym momencie męczyć czytelnika.

Z początku zupełnie nie rozumiałam fragmentów o trzech dziewczynkach wypisanych kursywą i nie widziałam żadnego związku z fabułą. Czy to sny? Wspomnienia? Drugi wątek? Wiedziałam, że po coś są. Na szczęście po pewnym czasie zaczęły być coraz łatwiejsze do zrozumienia. Niestety później sprawiły, że książka stała się do jakiegoś stopnia przewidywalna, co jeszcze bardziej mnie odsunęło od chęci kontynuowania lektury.

Jak w niemal w każdej recenzji na naszym blogu musi pojawić się jakaś anegdotka. Tym razem jest bardzo głupia. Rozmawiając z QD na temat książki słowo "słowik" w tytule było zamieniane na jakieś inne - podobne. Przez to wyszło nam "Dopóki śpiewa słonik", "Dopóki śpiewa słoik" oraz "Dopóki śpiewa słownik". Koniec anegdotki. Taka śmieszna była, śmiejcie się.

Tak, żeby jakoś ustalić troszkę grupę wiekową i podsumować, uważam, że jest to książka dla starszych nastolatek i młodych kobiet. Tak. To jest według mnie grupa, dla której jest "Dopóki śpiewa słowik". Troszkę miłości, troszkę tajemniczości, troszkę bajkowości. Ładne, magiczne opisy, jednak to nie jest historia, która mnie porwała. Może miałam zbyt duże oczekiwania? Nie wiem. Słyszałam zarówno pozytywne, jak i negatywne opinie. Ja mam mieszane uczucia. Z jednej strony jest klimat, ale z drugiej ile można zatapiać się w klimacie skoro nie ma akcji? Na pewno nie 416 stron...
Ocena ogólna: Small Metal Fan 6/10 Queen Dee --/--

Za możliwość przeczytania dziękuję
Wydawnictwu Dreams

sobota, 14 czerwca 2014

Recenzja książki "Wilcza księżniczka" - Cathryn Constable

Tytuł: "Wilcza księżniczka"
Tytuł oryginalny: "Wolf Princess"
Autor: Cathryn Constable
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ilość stron: 272
Opis wydawcy: Sophie, osierocona i niepozorna uczennica angielskiej szkoły dla dziewcząt, marzy o romantycznych przygodach i pragnie być kimś wyjątkowym, ale nawet w najśmielszych fantazjach nie wyobraża sobie tego, co ją spotka...
Pewnego dnia ona i jej dwie koleżanki wygrywają miejsca na szkolną wycieczkę do dalekiej Rosji. Tam trafiają do złego pociągu, a potem na stację kolejową gdzieś w rosyjskiej głuszy. Z fatalnej opresji ratuje podróżniczki piękna i zagadkowa księżniczka Anna Wołkońska, która zabiera je do swego pałacu. Oczarowuje gości opowieściami o zagubionych brylantach i tragicznej przeszłości swego rodu. Jednak gdy zapada noc, pod pałac podchodzą wilki, a księżniczka coraz bardziej interesuje się samą Sophie, dziewczynki zaczynają się bać…
Pasjonująca, tajemnicza, stylowa Wilcza księżniczka należy do tych książek, które mają szansę stać się współczesną klasyką, łącząc baśń z przygodą i historią bohaterki, która odkrywa, kim naprawdę jest, jaką wartość ma przyjaźń i co jest w życiu najważniejsze.

Nasza opinia: Sophie Smith jest 13-letnią sierotą. Jej matka zmarła niedługo po jej narodzinach, a jej ojciec zginął w wypadku. Główna bohaterka nie ma żadnej rodziny. Chodzi do szkoły z internatem dla dziewcząt w Londynie. W pokoju mieszka z Delfiną - Francuzką, dbającą bardzo o swój wygląd - oraz Marianną - zwykłą, szarą kujonką. Pewnego dnia 3 przyjaciółki jadą do Rosji, ale nie wszystko idzie zgodnie z planem wycieczki.

Tak mógłby wyglądać opis "Wilczej księżniczki". Niestety tak nie wygląda.

Dziękuję Ci wydawco za opis zdradzający co najmniej połowę fabuły. Uwielbiam znać treść połowy książki, a w połowie znać już zakończenie. No myślałam, że po prostu szlag mnie trafi. Dobra, Sophie jest sierotą, ma wiele marzeń, nagle jedzie do Rosji. Czemu by na tym nie skończyć? Od kiedy to opisy muszą być niemalże streszczeniami? 

"Wilczą księżniczkę" czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Fabuła nie należy do najbardziej złożonych i porywających, ale jest w niej coś magicznego i wciągającego. Klimat zaśnieżonej Rosji jest bardzo fajnie utrzymywany (aż musiałam się zakopać z książką pod kołdrą w czerwcu). Niestety czytanie u mnie wyglądało to mniej więcej tak i myślę, że część osób, które przeczytały "Wilczą księżniczkę" podzieli moje zdanie: 

Czytam, czytam... Kiedy one dotrą do tego pałacu? O, dotarły. Fajnie, jestem już w połowie... Ej, ale chyba już wiem jak to się skończy. O matulu... Teraz to już jestem pewna jaki będzie koniec. Ile zostało jeszcze? Ponad 80 stron?! No dobra, dam radę. Te pościgi, te wybuchy... Aha, no to mamy zakończenie, które przewidziałam. Jeszcze trochę zakończenia... Matko, ile moż.. Koniec?! Serio? Świetnie. Idę pisać recenzję.



"-Co jest? - zapytała Sophie.
-W zasadzie to jesteś całkiem ładna (...) Regularne brwi. Idealna skóra. Tyle że nikt tego nie zauważa, bo zawsze zapominasz się uczesać. Nie mówiąc już o twoim szkolnym swetrze, który ma pełno dziur."

Sposób myślenia głównej bohaterki przypominał mi trochę mój. Do czasu. Na początku Sophie była po prostu dziewczynką z głową pełną marzeń głównie o podróży do Rosji, w dziurawym swetrze, nie przejmowała się zbytnio wyglądem. Zwykła 13-latka zaczęła zdobywać moje serce, ale w okolicach połowy miałam ochotę poderżnąć tej słodkiej dziewczyneczce gardło za jej głupotę i naiwność. Może brzmi to trochę zbyt drastycznie, ale jak przeczytacie to zrozumiecie o co mi chodzi.

Chcę dodać parę zdań na temat wydania. Okładka niezbyt mi się podoba, głównie z powodu świecących srebrnych liter i płatków śniegu. Twarz dziewczyny i kolorystyka też nie do końca do mnie przemawiają. W przeciwieństwie do okładki, strony są niemal idealne. Bardzo przyjemny dla oka odcień, czcionka odpowiedniej wielkości, spore marginesy i interlinia. To wszystko sprawiło, że oczy ani troszkę mi się nie zmęczyły od czytania.

Uważam, że "Wilcza księżniczka" jest dobrą pozycją dla młodszych nastolatek. Mam na myśli dziewczyny w wieku 11-13 lat. Nie mam zastrzeżeń co do tego, żeby młodsze osoby sięgnęły po tę książkę, jednak starsze nastolatki, a tym bardziej osoby dorosłe będą lekko znudzone lekturą i zawiedzione przewidywalnością i brakiem złożonej fabuły.
Ocena ogólna: Small Metal Fan 6/10 Queen Dee --/--

Za możliwość przeczytania dziękuję
Wydawnictwu Bukowy Las

Książka przeczytana w ramach wyzwania Uporać się z własnymi zbiorami

piątek, 13 czerwca 2014

Recenzja książki "Trening umysłu dla bystrzaków" - dr Tracy Packiam Alloway

Tytuł: "Trening umysłu dla bystrzaków"
Tytuł oryginalny: "Training Your Brain For Dummies"
Autor: dr Tracy Packiam Alloway
Wydawnictwo: Helion, Septem
Ilość stron: 232
Opis wydawcy: Pimp your mind, czyli wyćwicz swój mózg. Chcesz na zawołanie przypominać sobie nazwisko aktora, który gra w tych wszystkich filmach o wampirach, no i już nigdy nie zastanawiać się, po co właściwie idziesz do kuchni? Zachodzisz w głowę, czy naprawdę wykorzystujesz swój mózg tylko w 10%? A może chciałbyś, by Twój mózg pomógł Ci w walce ze stresem? Jeśli choć na jedno pytanie odpowiedziałeś TAK, ta książka jest właśnie dla Ciebie. Koniec z rozkojarzeniem i nawet chwilowymi problemami z pamięcią. Dzięki temu podręcznikowi zwiększysz potencjał swojego umysłu, a regularne ćwiczenia poprawią jego funkcjonowanie i wzmocnią na tyle, by zapobiec pogarszaniu się jego kondycji z wiekiem.
Nasza opinia: Sięgnęłam po tę książkę dlatego, że w sumie lubię się uczyć, zdobywać wiedzę, rozwijać się... a mózg jest do tego bardzo potrzebny. Często mam problemy ze skupieniem się i jako blondynka intensywniej niż inni muszę dążyć do zdobywania wiedzy. Lubię rozwiązywać krzyżówki i sudoku, a w takich publikacjach pojawiają się różne zadania, chyba więcej mówić nie muszę.

W "Treningu umysłu dla bystrzaków" nie jest ważne w jakiej kolejności się czyta. Jest to książka tego typu, gdzie po prostu czytamy to, co aktualnie nas interesuje, potem odkładamy książkę, a za kilka dni znowu do niej wracamy. Takich pozycji nie da się przeczytać od początku do końca jednym tchem, bo po prostu mózg się lasuje od tej ilości informacji i i tak nie da się nic zapamiętać, więc po co? Czytamy jakąś super-hiper-ekstra-wspaniałą powieść (no dobra, może nie super-hiper-ekstra-wspaniałą, ale jakąś, którą Wam poleciłyśmy <reklamy podprogowe wszędzie>), a do "Treningu umysłu" zaglądamy wieczorkiem i czytamy jeden rozdział.

Na początku każdej części jest ramka informująca nas o czym będzie, a na początku każdego rozdziału jest wypunktowane to, czego się z niego dowiemy. W książce zastosowane są różne ikony, pogrubienia i ramki, które ułatwiają znalezienie interesujących nas rzeczy oraz pokazują ważne fragmenty, których nie powinniśmy pomijać.

Autorka pisze przystępnym dla zwykłego czytelnika (Oczywiście ja jestem jedyna w swoim rodzaju. Dobra, Wy też... ale chyba nie dalibyście rady przeczytać takiej książki napisanej specjalistycznym językiem, prawda?), łatwym do zrozumienia. Czasami zwraca się bezpośrednio do nas [To coś dla takich forever alone jak ja, żeby pomyśleli, że ktoś ich lubi] i mówi, że nie musimy wszystkiego czytać [dr Tracy Packiam Alloway tak dobrze rozumie mnie i mój brak czasu...], często także odsyła nas do innych części i rozdziałów. Każdy bardziej specjalistyczny termin jest wytłuszczony, a następnie wyjaśniony, w taki sposób, że każdy to zrozumie (tak, nawet ja).

W "Treningu umysłu dla bystrzaków" są oczywiście informacje teoretyczne o budowie i funkcjonowaniu mózgu, ale jest też dużo ćwiczeń i sposobów, żeby usprawnić tę galaretę, co nam siedzi w czaszce. Dr Tracy Packiam Alloway przekazuje nam wiedzę dotyczącą diety i najróżniejszych innych zachowań i nawyków pomagających w zwiększeniu wydajności mózgu. W książce możemy znaleźć wiele przykładów, ćwiczeń i wskazówek. Pojawia się trochę specjalistycznego nazewnictwa, ale wszystko jest dokładnie wyjaśnione, tak aby każdy śmiertelnik mógł z przyjemnością wyćwiczyć swój mózg.

Wydanie podoba mi się, bo... fajnie się wygina. [tu powinno być moje zdjęcie jak wyginam książkę z uśmiechem psychopaty, ale chyba przestalibyście czytać moje posty :C] Okładka nie jest zbytnio zachęcająca, kolory mogłyby być mniej kontrastowe. Ta okładka kojarzy mi się z takimi tanimi szyldami, tablicami i bannerami z reklamami powieszonymi na pięknej XIX-wiecznej kamienicy, w dodatku świeżo odrestaurowanej. No po prostu krew człowieka zalewa. Jak można szpecić coś tak cudownego? Tak samo z tą książką. Wnętrze jest wartościowe, nieźle napisane, a okładka mówi "Jestem reklamą, jestem reklamą! Idź sobie. Ta treść jest MOJA." [tak, wiem, że okładki nie mówią..., ale mogłyby! Miałabym tyyylu przyjaciół! ^^].

Tak, żeby podsumować to jakoś w miarę logicznie, napiszę, że "Trening umysłu dla bystrzaków" jest bardzo rzetelnie wykonaną książką. Są w niej przykłady z życia codziennego, historii, sposoby na usprawnienie swojego umysłu, ale także duża dawka wiedzy o budowie i funkcjonowaniu mózgu. Polecam każdemu kto interesuje się tego typu zagadnieniami i/lub chce poprawić wydajność swojego umysłu w przyjemny i bezbolesny sposób.
Ocena ogólna: Small Metal Fan 8/10 Queen Dee --/--

Za możliwość przeczytania dziękuję
Wydawnictwu Septem

Książka przeczytana w ramach wyzwania Uporać się z własnymi zbiorami

środa, 7 maja 2014

Z innej półki #9 - Lepiej kupić, czy pożyczyć?

Z innej półki

Realia naszego społeczeństwa
Jest wiele osób, które nie kupują książek dla siebie w ogóle. Uważają to za stratę pieniędzy, miejsca... Naprawdę. Istnieją tacy ludzie. Zwykle są to osoby, które w rzeczywistości niewiele czytają, bo - powiedzmy sobie szczerze - jaki prawdziwy czytelnik, czy czytelniczka zrezygnowałby z posiadania chociaż niewielkiej biblioteczki? Chociaż takiej tyci, tyci, tyci..? Z kilkoma ulubionymi książkami, kilkoma dostanymi w prezencie i kilkoma upolowanymi perełkami na wyprzedaży za 5,50zł? Żaden mól książkowy, bez względu na kwestie miejsca, czy pieniędzy nie zrezygnuje z posiadania choćby małej kolekcji.

Piękno posiadania domowej biblioteczki
Każdy mól książkowy zna wartość oraz piękno niedomykających się biblioteczek i wielkich półek z książkami w kilku rzędach z braku miejsca. Teraz dziewczyny, przyznajcie się, która marzyła o domowej bibliotece rodem z "Pięknej i Bestii"?
Każdy mól książkowy zna przypadłość zostawiania małych stosików książek w każdym zakątku domu. Przy łóżku, przy wannie, na kuchennym stole... Przypadłość ta często wyprowadza z równowagi współlokatorów naszych mieszkanek. 
Każdy mól książkowy wie także, że do niektórych pozycji się wraca. Czasem tylko po to, żeby znaleźć jakiś fragment, cytat (często zaznaczony jakąś karteczką, lub <najgorsze z najgorszych, pozabijać takich ludzi, spalić żywcem> zagiętym rogiem), a czasem, żeby z perspektywy czasu przeczytać znów coś, co wydawało nam się genialne i zauważyć ile zmian w nas samych zaszło.


Biblioteki publiczne nie gryzą (naprawdę.)
Oczywiście, nie każdy musi być molem książkowym i bibliofilem. Niektórzy czytają książki tylko jak muszą, inni traktują każdą powieść jako jednorazową przygodę. Wtedy rzeczywiście biblioteki publiczne są lepszym wyjściem. Nie trzeba wydawać pieniędzy na coś do czego zajrzymy raz i rzucimy w kąt. Queen Dee wspomniała w poprzednim poście z cyklu Z innej półki <link> o tym, że ludzie nie czytają, bo książki są za drogie. Najgłupsza wymówka ever. Przynajmniej ja tak uważam. Tylko, że jest to niestety bardzo smutna prawda. Dobra, książki są drogie, ale jak ktoś nie chce wydawać nawet dyszki w antykwariacie, to może iść do biblioteki. Ona nie gryzie. Naprawdę. Macie moją gwarancję. Kilka razy sprawdzałam.

Ja zawsze wolałam mieć własną
Ja zawsze wolałam mieć własną książkę. Nawet jeżeli wiedziałam, że to jest coś co przeczytam raz i w życiu nigdy więcej jej nie otworzę (no chyba, że przypadkowo). Uwielbiam patrzeć na moje książki, widzieć co kiedyś czytałam, co czytam teraz i jak bardzo się zmieniłam. Oczywiście wąchanie książek też należy raczej do przyjemności z obcowania z własnymi zdobyczami, bo pożyczoną jeszcze zasmarkam i co będzie?. Parę razy wypożyczałam książki z biblioteki, czy pożyczałam od znajomych, ale to nie to samo. Nie chodzi o to, że nie pachną nowością, bo nie gardzę antykwariatami. Chodzi o to, że nie są moje, że wiem, że po przeczytaniu nie trafią na moją półeczkę w sypialni, tylko będę zmuszona ją oddać.


A jak się czuje osoba pożyczająca?
Z racji, że większość książek sobie kupuję, lub je dostaję no i w dodatku jestem recenzentką moi znajomi traktują mnie jak bibliotekę. "Ej... Słuchaj, poleciłabyś mi jakąś książkę..? Tak? To super! A pożyczysz?" No i w tym momencie już ciężko powiedzieć: "Nie, nie pożyczę, bo to mój kochany mały skarbeniek, moja perełeczka najcudowniejsza, najukochańsza, a Ty mi ją oddasz zalaną kawą!". No już nie ma odwrotu, moje dobre serduszko chcące szerzyć czytelnictwo staje się mięciutkie niczym puchaty króliczek i przynoszę książkę znajomemu. I najgorszy jest ten moment oddania. Ktoś bierze w niemyte ręce moje cudeńko i wrzuca do torby. Wstrzymuje rozpaczliwy wrzask i mówię co chwila: "Ale obłóż ją w jakąś gazetę, dobrze?", "Błagam nie wygnij mi grzbietu...", "Dobra, już nie marudzę... tylko nie jedz nad nią...". Rzadko to się zdarza, ale zdarza się, że dostaje z powrotem książkę z rozerwaną okładką, wygiętym grzbietem, zalaną od wody czy kawy, maźniętą długopisem, zakapaną łzami (to bym jeszcze zrozumiała, gdyby nie to, że łzy spłynęły z wytuszowanych rzęs...) i kilku książek nie odzyskałam...


Wszystko ma swoje wady i zalety
Jak widać i kupowanie, i pożyczanie ma swoje blaski i cienie. Myślę, że nie da się jednoznacznie powiedzieć, czy lepiej kupować, czy pożyczać książki. Wypożyczanie z biblioteki wiąże się często z czytaniem książki rozlatującej się w rękach i zalanej kawą oraz nieodłącznym terminem, pożyczanie od znajomych wiąże się z ich bólem serca (naprawdę, weźcie to pod uwagę następnym razem pożyczając książkę od znajomego), a kupowanie często wiąże się z bólem od ugryzienia węża w kieszeni i płaczu portfela...

(źródło: pulowerek.pl)

poniedziałek, 31 marca 2014

Recenzja książki "12 ważnych opowieści. Polscy autorzy o wartościach dla dzieci"

"12 ważnych opowieści. Polscy autorzy o wartościach dla dzieci"
Tytuł: "12 ważnych opowieści. Polscy autorzy o wartościach dla dzieci"
Autor: Opracowanie zbiorowe
Ilustracje: Elżbieta Kidacka
Wydawnictwo: Papilon
Ilość stron: 128
Opis wydawcy: Ważne słowa: miłość, odpowiedzialność, uczciwość, szczęście, samodyscyplina, piękno, sprawiedliwość, przyjaźń, odwaga, dobroć, szacunek, mądrość
Znakomici autorzy: Paweł Beręsewicz, Liliana Fabisińska, Agnieszka Frączek, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Joanna Krzyżanek, Irena Landau, Maria Ewa Letki, Anna Onichimowska, Eliza Piotrowska, Marcin Przewoźniak, Anna Sójka, Natalia Usenko
Niebanalna napisana bez nadęcia i patosu, niezwykle ciepła książka dla dzieci o ważnych sprawach. Dzięki zabawnym opowieściom trudne tematy stają się proste i zrozumiałe.
Doskonała pomoc dla rodziców i nauczycieli, którzy na co dzień spotykają się z mnóstwem pytań swoich podopiecznych.
Urokliwe, pełne detali ilustracje Elżbiety Kidackiej.
Nasza opinia: Jako dziecko nie lubiłam książek z opowiadaniami, które z góry zakładały, że mają mnie czegoś nauczyć. Bajki terapeutyczne, pomagające zmierzyć się z lękami, opowiadania o wartościach itd. To były jedyne kurzące się na mojej półce tomiki. Zajrzałam raz, czy dwa i uciekłam, bo wyglądały na nudne. Była jedna książka o pokonywaniu strachu, którą lubiłam, ale w niej rzeczywiście coś się działo. Kluczem do napisania dobrej książki dla dzieci jest to, żeby uczyła, ale nie wprost. I oczekiwałam, że "12 ważnych opowieści" spełni ten warunek.

niedziela, 30 marca 2014

Na co warto zapolować w kwietniu?

Co warto upolować w nadchodzącym miesiącu? Ciężko mi było zdecydować się na tyle pozycji, żeby post nie był zbyt długi. Zobaczcie, co uznałam za warte uwagi w kwietniu. :)

"Mroczne umysły" - Alexandra BrackenTytuł: "Mroczne umysły"
Autor: Alexandra Bracken
Data premiery: 2 kwietnia 2014
Opis: Najbardziej niepokojąca książka od czasów „Igrzysk śmierci”!
Mam na imię Ruby.
Potrafię wedrzeć się do twojego umysłu, a nawet wymazać wspomnienia. Jako dziecko zostałam wysłana do obozu „rehabilitacyjnego” dla takich jak ja. Zieloni, Niebiescy, Żółci, Pomarańczowi, Czerwoni. Mroczne umysły. Zostałam przydzielona do Zielonych, ale w rzeczywistości jestem ostatnią z Pomarańczowych. Ukrywam to, żeby przetrwać.







"Wszechświat kontra Alex Woods" - Gavin ExtenceTytuł: "Wszechświat kontra Alex Woods"
Autor: Gavin Extence
Data premiery: 4 kwietnia 2014
Opis: Pewnej deszczowej nocy celnik zatrzymuje poszukiwanego Alexa Woodsa. W jego samochodzie znajduje kilogram marihuany, sporą ilość gotówki i… urnę z ludzkimi prochami. Nie pierwszy raz chłopak trafia na czołówki gazet — od czasu, gdy przed laty uderzył w niego meteoryt, zna go każdy. Właśnie tak rozpoczyna się znakomita debiutancka powieść Gavina Extence’a, nagrodzona w plebiscytach Amazon Best Book oraz Writers’ Guild Best Book.
Wydawać by się mogło, że w życiu Alexa Woodsa wyczerpał się już limit niespodzianek. I chociaż matka tarocistka oraz wypadek z udziałem spadającego meteorytu stanowią spory bagaż doświadczeń, prawdziwym zwrotem w jego życiu okazało się przypadkowe spotkanie pana Petersona…
Wszechświat kontra Alex Woods to utrzymana w dowcipnym, brytyjskim stylu opowieść o zawiłościach życia. (...) Poruszająca i niezwykle współczesna powieść — jedna z najlepszych, jakie kiedykolwiek przeczytaliście. Fenomenalny debiut sprzedany do 16 krajów, doceniony zarówno przez krytyków, jak i czytelników. (...)

"Finn nieujarzmiony" - Oliver UschmannTytuł: "Finn nieujarzmiony"
Autor: Oliver Uschmann
Data premiery: 7 kwietnia 2014
Opis: To trzecia książka z serii o perypetiach trójki przyjaciół stawiających przed sobą kolejne wyzwania.
SYTUACJA WYJŚCIOWA: Trzy domy, trzy działki, trzy tygodnie bez rodziców i wystarczająca ilość kapitału startowego z tajnej kasy ojca.
UCZESTNICY: Twoi dwaj przyjaciele i ty oraz zwołany przez Facebooka „lud”.
ZADANIE: Stwórzcie nowy świat! Zamieńcie swój ogródek w kwitnące pole uprawne, poprowadźcie tawernę na tarasie mamy i „hotel na godziny” w salonie. Krótko mówiąc: proklamujcie własne państwo – Innolandię!
Trzej przyjaciele, którym los niespodziewanie zsyła wolną chatę na całe trzy tygodnie. Absurdalna myśl, która zamienia się w prawdziwe wyzwanie. I odpowiedź na pytanie, dlaczego sprzątanie naprawdę się nie opłaca.


"Mroczny triumf" - Robin LaFeversTytuł: "Mroczny triumf"
Autor: Robin LaFevers
Data premiery: 25 kwietnia 2014
Opis: Zemsta jest słodka! Ekscytujący sequel Posępnej litości
Sybella jest bezwzględną zabójczynią, służebnicą śmierci wyszkoloną przez zakonnice z Mortain. Do dziś nosi blizny będące świadectwem krzywd, jakich doznała od ojca.
Mroczna przeszłość nie przestała jej jednak nawiedzać, szuka więc zemsty. Tym razem nie będzie litości.
Nie przybyłam do zakonu Świętego Mortaina całkiem zielona. Miałam już wtedy za sobą trzy trupy i dwóch kochanków. Mimo to mogłam się tam nauczyć wielu rzeczy, od siostry Serafiny stosowania trucizn, od siostry Thominy posługiwania się ostrzem, a od siostry Arnette, niczym map konstelacji gwiazd, umiejscowienia najwrażliwszych punktów na ciele mężczyzny, w które to ostrze najskuteczniej wbić.

"Unicestwienie" - Jeff VandermeerTytuł: "Unicestwienie"
Autor: Jeff Vandermeer
Data premiery: 30 kwietnia 2014
Opis: Powstała po tajemniczym Wydarzeniu Strefa X rządzi się własnymi, nieznanymi ludziom prawami. Członkowie jedenastu pierwszych ekspedycji do Strefy umierali, popełniali samobójstwa lub zabijali się nawzajem. Ci, którzy przetrwali, nie pamiętali, jak przebiegał ich powrót. Dwunastą wyprawę tworzą wyłącznie kobiety. Czy im uda się odkryć tajemnice Strefy? Jakie sekrety kryje niezwykła flora i fauna tego miejsca? A może to ona je stworzyła i nim rządzi? Jedno jest pewne: Strefa X wpływa na ludzkie umysły i zmienia każdego.
„Unicestwienie”, pierwsza część nowej trylogii Jeffa VanderMeera, to obowiązkowa pozycja dla miłośników klasycznej fantastyki – książek Silverberga, Harrisona, braci Strugackich i Lema – oraz dla fanów literatury grozy najwyższej próby. Wciągająca opowieść o spotkaniu z Nieznanym, które zamienia się w spotkanie z samym sobą. Historia, która stawia pytania o tożsamość, relacje z innymi i własne ograniczenia. To podróż w głąb Strefy X i w głąb psychiki głównej bohaterki.
Prawa do sfilmowania trylogii kupiły już Paramount Pictures i Scott Rudin Productions. Okładkę i ilustracje do polskiego wydania książki wykonał jeden z najbardziej znanych polskich grafików Patryk Mogilnicki.


Tytuł: "Krótka historia książek zakazanych"
Autor: Werner Fuld
Data premiery: 16 kwietnia 2014
Opis: Autor opisuje niezwykłe losy książek i pisarzy zakazanych ze względów społecznych, politycznych, obyczajowych i religijnych; prześladowanych zarówno przez władców, dyktatorów jak i w krajach demokratycznych (nawet dzisiaj w Niemczech na indeks trafia około 300 książek rocznie, a w Ameryce odbywają się rytualne spalenia Harry’ego Pottera), przez Inkwizycję i różne kościoły (w XII wieku wprowadzono dla świeckich zakaz nie tylko czytania Biblii, ale nawet rozmów na jej temat z uzasadnieniem, że nie wolno rzucać pereł przed wieprze).
Przedstawia również historie książek palonych, niszczonych i gorliwie wycofywanych z obiegu przez samych pisarzy. Goethe co kilka lat palił wszystkie swoje dzieła, uznając, że nie są wystarczająco dobre; Kafka kazał w testamencie spalić wszystkie rękopisy i tylko nieposłuszeństwo wykonawcy testamentu ocaliło pisma warte dziś miliony dolarów, Remarque, dziennikarz i początkujący pisarz z niewielkim dorobkiem, by zwiększyć szanse sprzedaży "Na Zachodzie bez zmian", został skłoniony przez wydawnictwo do stworzenia legendy, że jest żołnierzem, którego autentyczny pamiętnik stanowi ta książka.


krwawy-szlakTytuł: "Krwawy szlak"
Autor: Moira Young
Data premiery: 2 kwietnia 2014
Opis: Życie Saby zmienia się nieodwracalnie, gdy czterej tajemniczy jeźdźcy porywają jej brata bliźniaka, Lugh. Zdecydowana zrobić wszystko, by go odnaleźć, Saba wkracza w świat, o którym wcześniej tylko słyszała – pełen wrogów, ale i sprzymierzeńców, dziwacznych kreatur i niezwykłych talizmanów. W nowym, złowrogim otoczeniu odkryje, że potrafi być groźną wojowniczką, przebiegłą przeciwniczką, a przede wszystkim – że nic nie może zniszczyć jej woli przetrwania. W towarzystwie przystojnego śmiałka o imieniu Jack i bandy wojowniczek zwanych Wolnymi Jastrzębiami Saba wyruszy, by ocalić brata, a może nawet cały świat.

poniedziałek, 24 marca 2014

Recenzja książki "Poradnik małego patrioty" oraz kolorowanki "Elmer i przyjaciele"

Tytuł: "Poradnik małego patrioty"
Autor: Marcin Przewoźniak
Ilustracje: Janusz Baszczak
Wydawnictwo: Papilon
Ilość stron: 128
Opis wydawcy: Bycie Polakiem Małym lub Polką Małą jest fajne i bardzo ważne. Fajne, bo należysz do wspaniałego narodu. Ważne, bo masz piękną ojczyznę o burzliwej historii i bogatych tradycjach, a przy wielu jej bohaterach wysiada nawet James Bond. Żyjesz w ciekawym kraju, którego odkrywanie może być fantastyczną przygodą. I właśnie dlatego dobrze być patriotą. Taka osoba wie, z czego jest dumna, i rozumie, dlaczego kocha swoją ojczyznę.
Ale czy dziecko może być patriotą? No pewnie! Przekonaj się o tym razem z nami.
Zapraszamy na niezwykłą lekcję patriotyzmu!
Nasza opinia: Do "Poradnika małego patrioty" podchodziłam dość sceptycznie. No dobra, bardzo sceptycznie. Za każdym razem jak próbowałam go otworzyć, żeby przeczytać, albo chociażby przejrzeć, odpychało mnie na kilka metrów. W końcu uznałam, że nie mogę tego odkładać w nieskończoność.

Często mam wrażenie, że religia i patriotyzm są wpajane dzieciom na siłę. Warto maluchom powiedzieć, że coś takiego istnieje, o co w tym wszystkim chodzi, że powinno się szanować ojczyznę..., jednak denerwuje mnie częste nie wyjaśnianie niczego dzieciom i dziecko nie wie o co chodzi, po prostu tak ma być. "Bóg, honor, ojczyzna", dobrze, wszystko super. Tylko skąd dziecko ma wiedzieć o co chodzi? Rodzice w obecnym świecie często są zabiegani, nie mają czasu wyjaśnić, a w szkole ledwo dzieciak się pojawi już wszędzie godła, historia, każą śpiewać hymn... Na początku widząc tę książkę po wyjęciu z paczki miałam mieszane uczucia, jednak potem uznałam, że takie książki we współczesnym świecie są potrzebne. Pytanie tylko, czy dzieci będą chciały to czytać?

Pierwszym co widzimy po otworzeniu książki jest mapa fizyczna Polski na wewnętrznej stronie okładki. Potem kilka stron i wstęp od autora. Wykazuje zrozumienie dla młodego czytelnika, a przynajmniej stara się to zrobić, bo ja na miejscu dzieciaków chyba bym się obraziła (może jestem jakaś dziwna), albo przynajmniej popatrzyła się na Pana Marcina Przewoźniaka jakby coś było z nim nie teges. Zobaczcie na cytat niżej. No przepraszam bardzo, ja bym w życiu tak nie pomyślała, a gdyby ktoś mi powiedział, że mogłabym tak pomyśleć, to bym się obraziła (chyba to jest spowodowane moją kobiecą psychiką).

"KTO TY JESTEŚ? POLAK MAŁY! Pomyślisz: "No ładnie się zaczyna! Już na samym początku ktoś chce mi dokuczyć, że jestem mały? Albo, co gorsza, zbyt mały na ważne sprawy związane z Polską?" Nic z tych rzeczy. Nie ma się o co dąsać."

Po wstępie wita nas niebywale długi spis treści, który mnie - doświadczoną czytelniczkę - odepchnął z siłą tak wielką, że przez miesiąc musiałam wracać do miejsca, z którego mnie odrzuciło. "Poradnik małego patrioty" jest podzielony na osiem części. Pierwsza jest dosyć ogólna i stanowi rodzaj wstępu - logiczne, druga opowiada nam o historii naszego kraju, trzecia o tytułowym patriotyzmie, czwarta o godle, hymnie, fladze i takich tam, piąta o kwestiach związanych bardziej z prawem (wybory, konstytucja, polskie nazwiska...), szósta kryje się pod tajemniczą nazwą "Polska w świecie" (chodzi o UE, ONZ, Polaków za granicą), siódma o tradycjach, polskim jedzeniu, parkach narodowych i folklorze, a ostatnia - ósma jest o polskich wynalazkach i fajnych pamiątkach z naszego kraju (nie jest tego zbyt wiele na co wskazują jedynie 4 strony).

Marcin Przewoźniak pisze językiem prostym i zrozumiałym dla dzieci, jednak myślę, że czasem przesadza. Ktoś mądrze kiedyś powiedział, że dziecka nie można traktować jak dziecko. Nie można wszystkiego zdrabniać, specjalnie upraszczać i wtykać wszędzie rymy. No nie, po prostu nie. Jestem przeciwna. To coś w deseń: "Ojoj... Nie martw się. To są proste słówka, które zapamięta Twoja mądra główka. I ja wcale nie mówię, że jesteś dzieckiem, traktuję Cię jak dorosłego!". Porażka... Kolejny element, który wysyła mnie w daleką i niezbyt przyjemną podróż.

"Żaden patriota za nic
nie odstąpi kraju granic.
Bo zna swój - i patrzą drudzy:
gdzie kraj nasz jest, a gdzie cudzy."

Dziecko z "Poradnika małego patrioty" może dowiedzieć się wiele. Od tego co to znaczy, że jest Polakiem, poprzez położenie geograficzne i ukształtowanie kraju, legendy, wybory, polskich bohaterów narodowych aż do faktu, że powinniśmy się wstydzić, że [przepraszam, bardzo mnie to bawi] mamy "zaśmieconą przyrodę" i "wszystko pobazgrane napisami" (Blogger mi podkreślił słowo 'pobazgrane' na czerwono. Blogger solidarny z SMF łączy się - skoro już o patriotyzmie mowa - w "bulu i nadzieji").

Dużą zaletą jest to, że książka jest po prostu rzetelnie zrobiona. Młody czytelnik może się z niej bardzo wiele dowiedzieć. Są w niej różne ciekawostki, czy fakty historyczne, których nie znałam (tak, tak.. SMF dokształca się z książek dla dzieci). Bardzo przyjemna dla oka oprawa graficzna, wszystko czytelnie napisane. No super. Jeśli chodzi o treść, to moim faworytem jest drzewo genealogiczne władców Polski. Przejrzyste, wszystko da się zrozumieć. Pod względem dużej dawki wiedzy jest to bardzo dobra pozycja.

Z racji, że jest to pozycja dla dzieci, to muszę wspomnieć o wydaniu, bo ważne jest to, czy dziecko nie zniszczy jej po pięciu minutach. Żeby otworzyć książkę, trzeba się bardzo namęczyć. Niestety w moim przypadku nie udało się bez niepożądanych zagięć. To było po prostu niemożliwe, a bardzo nie lubię, kiedy zagina się okładka, wygina się grzbiet, czy rogi. Za to duży minus. Strony są wykonane ze śliskiego, jasnego papieru. Myślę, że to dobry wybór ze strony wydawcy. Dzieciom zdarza się zostawiać wszędzie jedzenie i różne takie rzeczy. Dzięki śliskim kartkom ewentualne zabrudzenia będzie łatwiej usunąć niż ze zwykłego papieru.

Podsumowując, uważam, że książka sama w sobie jest dobrym pomysłem, bo skądś dzieci muszą się dowiedzieć podstawowych rzeczy o naszym kraju przed pójściem do szkoły i na jej początku, jednak mam trochę zastrzeżeń co do efektu końcowego pracy Marcina Przewoźniaka. Nie podoba mi się to, że język jest tak prosty i dostosowany do dziecka. Nie mówię o tym, żeby pisał oficjalnie i skomplikowanie. Chodzi o uniknięcie niepotrzebnych rymów i bezpośrednich zwrotów. Może jestem za bardzo przeczulona... Pod względem treści jest to naprawdę solidna dawka wiedzy. Z czystym sumieniem "Poradnik małego patrioty" możecie dać dziecku w wieku 5-8 lat, które nie obrazi się za rymy i bezpośrednie zwroty do niego.
Ocena ogólna: Small Metal Fan --/-- Queen Dee --/--

środa, 12 marca 2014

Z innej półki #4 - Kiedy znaleźć czas na czytanie?


Z innej półki - Kiedy znaleźć czas na czytanie?

Czas na czytanie w XXI wieku
Kiedy znaleźć czas na czytanie w naszym współczesnym świecie? Wiele osób, chociażby w mojej rodzinie, nie czyta z braku czasu. Od dzieciństwa wciąga nas wir obowiązków. Przedszkole, szkoła, studia, praca, praca, więcej pracy... Chyba dopiero na emeryturze możemy względnie odpocząć, ale wtedy zaczyna coś w kościach łupać, wzrok się psuje... No i jak tu czytać? Jest sporo osób, które mówią, że czytają, ma przy łóżku wielkie stosy, które wyglądają jak wyrok i szyderczo zerkają na właściciela niemalże mówiąc mu jaki jest słaby i beznadziejny, że nie ma czasu na czytanie.

Mózgu, proszę, pracuj...
Sama miewałam momenty, kiedy nie chciało mi się czytać. Może nawet nie tyle, że mi się nie chciało. Po prostu stan, kiedy zaczynasz czytać książkę, a po godzinie orientujesz się, że przeczytałeś/aś 15 stron i w dodatku nie wiesz co tam było, jest męczący. Ta przypadłość jest niebywale uciążliwa, kiedy człowiek próbuje się uczyć do egzaminów i każde zdanie musi przeczytać kilka razy, żeby cokolwiek zrozumieć. Myślę, że każdy z nas kiedyś przez to przechodził. Ewentualnie miliard myśli na sekundę. Co jadłam na obiad? <śpiewa w myślach piosenkę> Nie śpiewaj, czytasz. Kogo ja ostatnio spotkałam? Gdzie odłożyłam telefon? O, muszę kupić chleb. <kolejna piosenka> Jakie tam były słowa? itd. Zamykam książkę, w takim momencie nici z czytania...


Kiedy czytać książki?
Połowę dnia zajmuje nam nauka, bądź praca, kiedy wracamy do domu, często dalej się uczymy, lub pracujemy. Wstajemy, szkoła/praca, jakiś obiad, dalsza nauka/praca w domu, chwila dla bliskich i dzień się kończy. Pewnym rozwiązaniem są audiobooki. Często dojazd na zajęcia, czy do pracy trochę nam zajmuje, a kiedy prowadzimy samochód, albo stoimy ściśnięci jak sardynki w komunikacji miejskiej, to ciężko wyciągnąć papierową książkę, albo czytnik. Jednak ja nie przepadam za audiobookami, czytam książki, gdzie tylko i jak mogę. Dużo moli książkowych ma swoje ulubione miejsca do czytania. Na przykład QD lubi łazienkę, gdzie oprócz miękkiego dywaniku i podgrzewanej podłogi słyszy mój śpiew pod prysznicem piętro wyżej. Ja nie mam swojego ulubionego miejsca. Czytam w łóżku, w tramwaju, w parku... W tym galopującym życiu trzeba wykorzystywać każdą wolną chwilę, bo rzadko kiedy jest czas, żeby usiąść z gorącą herbatką na kanapie i rozpłynąć się w słowach, a wieczorem mózg i oczy odmawiają posłuszeństwa.

Coraz mniej Polaków czyta
Wiadomo powszechnie, że połowa naszego narodu nie czyta. To bardzo dużo. Problem leży w tym, że miłość do czytania trzeba rozwijać od najmłodszych lat, a jeśli rodzice dziecka nie czytają, a potem jak maluch przychodzi do szkoły musi czytać na określony termin nudne lektury, to nie ma się co dziwić. Potem - jak dorośnie - najprawdopodobniej też nie będzie czytał. Nikt nie pokazał im fajnych, magicznych książek, od których nie można się oderwać, kojarzą je tylko z przymusem i czymś nudnym.
Ja uwielbiałam książki od najmłodszych lat, dzięki mojej rodzinie, która mi je czytała, jednak kiedy poszłam do szkoły, bardzo często zdarzało mi się nie przeczytać lektury. Nie lubię być zmuszana do czegokolwiek i mimo tego, że kochałam książki, lektury omijałam szerokim łukiem.


Wydawnictwa nas rozpieściły
Kiedyś książek nie trzeba było promować. Wszystkie były porządnie oprawione w skórę, lub jakiś materiał. Kto chciał (albo raczej kto umiał), ten czytał. Teraz wielka akcja reklamowa, PR, plakaty, spotkania z autorem, recenzenci, zapowiedzi, trailery... Nawet my w swoich recenzjach zwracamy uwagę na wydanie. Czy grafika na okładce przyciąga uwagę, czy czcionka ułatwia czytanie, czy kolor stron nie razi, czy dobrze się otwiera... Jak tak sobie teraz myślę to jest to trochę straszne. Jesteśmy w stanie (ba, nawet często to robimy) nie przeczytać książki, bo ma brzydką okładkę. To chore... Pomyśleć ile dobrych książek jest nieodkrytych z powodu kiepskiej promocji, a ile beznadziejnych pisanin mamy na rynku. 

Jak zachęcić współczesny świat do czytania?
Przydałby się dla naszego społeczeństwa jakiś plan ratunkowy, coś co pozwoliłoby nam więcej czytać i zaraziłoby więcej ludzi miłością do słów. Myślałam, myślałam... i nic nie wymyśliłam. Żyjemy coraz szybciej, świat jest coraz bardziej brutalny, jesteśmy wybredni. Chyba nie ma dobrego rozwiązania. Tak dużo książek, tak mało czasu. Coraz więcej książek, coraz mniej czasu. Za to cenne chwile naszego życia poświęcone na czytanie gwarantują nam darmowe podróże i bezcenne chwile oderwania się od tego szarego i wykańczającego nas świata. 


~Small Metal Fan

wtorek, 25 lutego 2014

Recenzja książki "Nie przejdziemy do historii" - Maciej Frączyk

"Nie przejdziemy do historii"Tytuł: "Nie przejdziemy do historii"
Autor: Maciej Frączyk (Niekryty Krytyk)
Ilustracje: Robert Sienicki
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 144
Opis wydawcy: Kontynuacja bestsellerowej książki Macieja Frączyka, czyli Niekrytego Krytyka – polskiego władcy YouTube, krytyka filmów, seriali, gier, książek i reklam, a także internetowych celebrytów. Nie przejdziemy do historii to druga część Zeznań Niekrytego Krytyka, w której autor w satyryczno-żartobliwy, charakterystyczny dla siebie sposób mierzy się z tematami ważnymi, takimi jak: sens i cel istnienia, religia, polityka, sztuka. To pierwsza na polskim rynku publikacja literacka oparta na formule show typu „stand up”. Nowatorski koncept, rzeczywistość opisana językiem w stylu „pulp”, zaskakujące spojrzenie na dokonania ludzkości od zarania dziejów po XXI wiek i potężna dawka humoru czynią z książki eklektyczną bombę.
Nasza opinia: Po przeczytaniu "Zeznań Niekrytego Krytyka" miałam bardzo duży niedosyt. Pierwszą część połknęłam - niestety tylko w przenośni, choć gdyby książki były jadalne to pewnie i dosłownie bym to zrobiła - tuż po kupieniu w parę godzin. Zabijcie mnie, ale nie powiem Wam, czy to były dwie godziny, czy pięć. Wiedziałam, że Frączyk pisze kolejną część i niecierpliwie jej wyczekiwałam, jednak zanim ją przeczytałam, musiała trochę poczekać sobie na półce i co jakiś czas grzbiet tylko smutno do mnie mówił: "Nie przeczytasz mnie? To nawet nie 200 stron... Znajdziesz czas...". Tylko proszę, nie dzwońcie po psychiatrę, to tylko taka metafora.

Wiedziałam, że na Maćku się nie zawiodę. Od kilku lat (chyba trzech) śledzę jego poczynania na YouTubie, słucham audycji w radiu, czasem sprawdzam co się dzieje na Facebooku, no i oczywiście czytałam jego pierwszą książkę. Mimo wiary w niego, przed otworzeniem książki targały mną wątpliwości. Słyszałam pogłoski, że druga część "Zeznań Niekrytego Krytyka" jest gorsza. Przez te obawy książka musiała trochę poczekać na półce. Pierwszy tom przeczytałam od razu, drugi musiał czekać ponad 3 miesiące. To kolejny dowód na to, że muszę przestać słuchać ludzi...

Ledwo zaczęłam czytać, przyszła do mnie Queen Dee. Ona zawsze pojawia się w najmniej spodziewanych momentach. Po prostu tak ma. Potrafi nie odzywać się przez tydzień, a później przyjść i śmiać się ze mną przez kilka godzin. W każdym razie jak zwykle odbiegam od tematu. QD nie przepada za Niekrytym Krytykiem, nigdy nie oglądałyśmy go razem, ona co najwyżej czasem słucha go w Zetce. Tak więc przyszła, siedzimy, rozmawiamy... Moja kochana przyjaciółka zbiera się już do wyjścia. Tuż przed tym pada pytanie kto pisze recenzję i jaką. Powiedziałam, że pewnie niedługo dam "Nie przejdziemy do historii", bo właśnie czytam. Akurat książka leżała obok. QD sięgnęła, otworzyła w środku, najpierw ponarzekała na czcionkę, a chwilę później zaczęła parskać śmiechem. Ciężko było jej wtedy zabrać książkę, ale obiecałam, że pożyczę jak przeczytam i się udało.

Uwielbiam humor Maćka, dlatego zrozumiałe jest to, że jego żarty mnie bawią. Znam osoby nie przepadające za nim i wiem, że nawet jeśli będę zachwalać tę książkę, oni i tak po nią nie sięgną, bo nie lubią Niekrytego. Jestem to w stanie zrozumieć. Nie można nikomu narzucać swoich poglądów, jednak uważam, że obydwie części "Zeznań..." są warte przeczytania i każdy znajdzie w nich coś dla siebie.

Maciek Frączyk"Ciężko być grzeszącym praktykującym, nie ma się właściwie prywatnego życia, bo zamiast na przykład iść do kina w piątek wieczorem, siedzisz i naparzasz różaniec."

Książka podzielona jest na pięć rozdziałów. Frączyk porusza w nich tematy ważne dla wszystkich ludzi, ale jednak młodych. Pierwsza część była ewidentnie kierowana do nastolatków. Myślę, że już osoba na studiach mogłaby czuć się poza grupą docelową i pozostałaby z niedosytem. Tematyka była związana z wyborami, spełnianiem marzeń, hejtermi itd. Po prostu widać, że w "Zeznaniach Niekrytego Krytyka" Maciek chciał przekazać jego największej grupie widzów coś ze swojego doświadczenia. Uważam, że wyszło mu całkiem nieźle, ale nie o tym teraz piszę (link do recenzji pierwszej części pod recenzją). Mimo tego, że w "Nie przejdziemy do historii" grupa docelowa nie jest tak wyraźnie zaznaczona, uważam, że jest skierowana do młodych ludzi. Powiedziałabym, że licealistów i studentów, choć mogę się mylić. Autor pisze o naszej kulturze, polityce, religii... i tym, jakim głupim gatunkiem są ludzie. W sumie zgadzam się z tym. Niszczymy miejsce, gdzie żyjemy i zabijemy się z powodu odmiennych poglądów. Żeby nie było, że ja jestem taka mądra, to przypomnę, że o tym w książce pisze Maciek Frączyk.

"Może zamiast religii i ogólnikowych wytycznych z czasów, kiedy ludzie uważali, że Ziemia to po prostu taka duża podłoga, zajmiemy się prawdziwymi, dzisiejszymi problemami normalnych, dziś żyjących ludzi?"

Jeżeli miałabym porównać tę książkę do innej twórczości Frączyka, to chyba najbliżej jej do jego radiowych audycji. Humor oczywiście w każdej jego działalności jest taki sam. Nieważne, chciałam wytłumaczyć, czemu "Nie przejdziemy do historii" ze wszystkich dzieł Maćka najbardziej przypomina "Historię świata wg Niekrytego Krytyka" puszczaną od poniedziałku do piątku w Radiu Zet. Już same tytuły mają wspólny mianownik - historię. W rozdziale o polityce historia jest opisywana przez autora niemalże w taki sam sposób jak w radiowych audycjach, tak samo jest w kolejnych rozdziałach. Tym o Ziemi, o religii... Nie będę Wam więcej mówić. Przeczytajcie sami.

Książki "Nie przejdziemy do historii" nie polecam czytać w tramwaju, autobusie, bądź innych miejscach publicznych. Czytałam, wracając do domu. Niby nic nadzwyczajnego. Każdemu zdarza się czytać czekając na kogoś, czy spędzając dłuższy czas w komunikacji miejskiej. Przy książkach Frączyka trzeba się jednak liczyć z tym, że ludzie będą na Was patrzeć jak na chorych psychicznie. Mówię Wam to z własnego doświadczenia, więc posłuchajcie. Usiadłam. Było wolne miejsce w tramwaju. To nie zdarza się często w naszej kochanej, rozkopanej Łodzi, więc oczywiste było, że skorzystałam z tak unikatowej okazji. Siadam. Czytam. Parskam śmiechem. Raz. Drugi. Trzeci. Czwarty. Hm, chyba ludzie się dziwnie patrzą. Parskam kolejny raz. Dobra, starczy. Dokończę w domu. Jeżeli lubicie być w centrum uwagi tramwaju sukces gwarantowany.

"Wcześniej kobiety miały ciemne włosy i chodziły wkurzone, bo nie dość, że wyglądały prawie tak samo jak faceci, to w dodatku wyglądały prawie tak samo jak inne kobiety. (...) Potem, w wyniku ruchów tektonicznych, powstała pierwsza mascara i dwa Rossmanny."

Tak, jak już ktoś mądry wspomniał w opisie zamieszczonym na okładce, mogę powiedzieć, że książka oparta jest na formule show typu stand-up. Trochę przemyśleń na temat codzienności, dużo żartów, trochę zmyślania i jest dobrze. Frączyk stoi na scenie i opowiada, a ludzie się śmieją i tak właśnie ma być. Uważam, że obie książki Maćka skłaniają do przemyśleń, ale w taki sposób, żeby tego nie zauważyć. Pomiędzy jednym, a drugim parsknięciem śmiechem człowiek zaczyna się zastanawiać nad swoją egzystencją i problemami świata. Coś cudownego, prawda? No dobra, nie tylko pomiędzy parsknięciami. Trochę częściej.

Podsumowując, "Nie przejdziemy do historii" to prawda, prawda i tylko prawda wymyślone historie, poglądy autora, tematy istotne dla młodych ludzi i duża dawka poczucia humoru Maćka. Frączyk porusza ważne (lub trochę mniej) tematy z naszego codziennego życia. Jest to książka, która jednocześnie jest lekka, skłania do przemyśleń, odpręża, bawi... Ma jedną wadę - jest za krótka. Mam nadzieję, że Niekryty już szykuje kolejną publikację i pojawi się jeszcze w tym roku, bo znów Maciek zostawił mnie z dużym niedosytem.
Ocena ogólna: Small Metal Fan 9/10 Queen Dee --/--




Książka przeczytana w ramach wyzwania Uporać się z własnymi zbiorami.

wtorek, 18 lutego 2014

Recenzja książki "Chłopcy 2. Bangarang" - Jakub Ćwiek

"Chłopcy 2. Bangarang" - Jakub Ćwiek
Tytuł: "Chłopcy 2. Bangarang"
Autor: Jakub Ćwiek
Ilustracje: Iwo Strzelecki
Wydawnictwo: Sine Qua Non (SQN)
Ilość stron: 304
Opis wydawcy: Wrócili!
Dzwoneczek i jej banda wyrośniętych, wiecznie niedojrzałych Chłopców po raz kolejny pokazują, że nie da się oddzielić dobrej zabawy od solidnych kłopotów. I nieważne, czy to klubowy Zjazd, motocyklowa wycieczka do pobliskiego miasta czy pozornie leniwe popołudnie w opuszczonym Lunaparku – każdy dzień to nowa przygoda, a na końcu czai się ta największa. I najbardziej przerażająca. Śmierć…
Droga znowu wzywa, nie ma odwrotu ani chwili na oddech. Tylko co jeśli tym razem wiedzie wprost do znienawidzonej dorosłości?
Nasza opinia: Zagubieni Chłopcy, których znamy z "Piotrusia Pana" J.M. Barriego. Z pewnością nie są już tacy sami jak kiedyś. Z dzieciństwa znamy ich jako dzieci, które nie chciały dorosnąć i mieszkały w Nibylandii razem z Piotrusiem i Dzwoneczkiem. Teraz żyją w różnych miejscach na świecie. Ciałem są już dorośli, jednak wewnątrz wciąż są niedojrzali i w głowie im tylko zabawa. Odziani w skórzane kurtki z naszywkami z rozbitym zegarem mieszkają wraz z mamą - Dzwoneczkiem w opuszczonym lunaparku i dobrze się bawią, w tym tomie jednak dorosłość będzie próbowała ich dosięgnąć...

Zwykle nie czytam kontynuacji, ponieważ wiele razy się na nich zawiodłam. Często są robione na siłę i nie ma w nich nic interesującego. Z tego powodu do "Chłopców 2" zabierałam się jak pies do jeża. Otwierając książkę, byłam pełna obaw. A co jeśli będzie gorsza? Co będzie jak Ćwiek mnie zawiedzie? Te pytania kołatały się w mojej głowie i trzymały mnie z dala od książki. Kiedyś jednak musiałam wreszcie ją przeczytać.

Wdech, wydech. "Wszystko będzie dobrze..." - uspokajałam się w myślach. Czytam. Czytam i coraz bardziej zagłębiam się w wykreowany świat Zagubionych Chłopców. Uff... Odetchnęłam z ulgą. Na szczęście tym razem się nie zawiodłam.

Jak to u Ćwieka - wszystko opisane jest mocnym językiem, jednak on w niczym nie przeszkadza. Tak, jak wspominałam w recenzji pierwszego tomu, to jest niemożliwe, żeby gang motocyklowy nie używał języka potocznego i wulgaryzmów. No po prostu nie. To nie tacy ludzie, poza tym klimat i wiarygodność wiele by na tym straciła. Tłumaczenie się, że książka komuś nie przypadła do gustu, tym, że język jest zbyt mocny, a pewne sceny zbyt brutalne mnie nie przekonuje.

Pierwsze opowiadanie jest o Zjeździe. Przyjeżdżają Chłopcy z różnych stron kraju i świata. To od razu powinno nam wyraźnie powiedzieć, że wiele będzie się działo. W tym czasie Dzwoneczek jedzie do Warszawy załatwiać sprawy związane z kredytem na remont lunaparku. W tym rozdziale nie ma zbytnio chwili na śmiech, w dużym stopniu wybijają się problemy związane z dorosłością i jest bardzo brutalny.

Drugie opowiadanie napisane jest z perspektywy pana Propera, czyli po prostu kota w krawacie należącego do Kruszyny - jednego z Chłopców. Bardzo zaskoczyło mnie to rozwiązanie, ale jak najbardziej w dobrym znaczeniu. Ta opowieść była bardzo kocia i nieprzewidywalna, jednak według mnie za krótka. Brakowało mi w niej czegoś, choć sama nie wiem, co dokładnie można by tam dodać.

Jeśli chodzi o opisywanie poszczególnych opowiadań to by było z mojej strony tyle. Uważam, że te dwa pierwsze po prostu wymagały krótkiej wzmianki w mojej recenzji, a żeby dowiedzieć się o reszcie po prostu musicie przeczytać. Z każdym opowiadaniem dzieje się coraz więcej, wszystkie wciągają i nie pozwalają się oderwać.

"-Wszyscy żyjemy na Drodze (...) Czasem robimy postoje, ale zwykle jesteśmy w ruchu, nie? Czy wy, czy ja... wszyscy. Każdy albo od czegoś ucieka, albo za czymś goni."

W tym tomie jest zdecydowanie bardziej refleksyjnie. Jest wiele powrotów do przeszłości Dzwoneczka i Chłopców. Zakończenie jest smutne. Sam autor w posłowiu stwierdza, że nie chciał tak ich zostawić, ciężko mu się nawet pisało, bo wiedział co się wydarzy. Napisał też, że będzie kolejna część. Nie wiem jak Wy, ale ja się cieszę. Jeżeli ta była lepsza od poprzedniej, to kolejna może będzie jeszcze lepsza?

Wreszcie pojawia się rozwinięcie wątku Piotrusia, którego bardzo mi brakowało. W poprzedniej części można było się tylko dowiedzieć, że Chłopcy nim teraz gardzą i odcięli się od niego. Teraz dowiadujemy się, co Piotruś robił i stosunek Zagubionych Chłopców do niego staje się jasny.

W "Chłopcach 2" Dzwoneczek odgrywa zdecydowanie większą rolę jako matka dla Chłopców, troszczy się o nich i wiele razy można zauważyć u tych wielkich, umięśnionych facetów posłuszeństwo i szacunek dla mamy.

"-Dobra, dobra. Nie smęć mi tu, tylko powiedz, że masz jakieś piwo.
Na twarz Paragona wrócił szeroki uśmiech. Teraz jej chłopiec był dokładnie taki, jakim go zapamiętała. Był... Kukuryku!
-Cóż by był ze mnie za syn, gdybym się nie przygotował na przyjazd mamy, co? - zapytał."

Wydanie jest bardzo dobre. Okładka nie jest podatna na zniszczenia, strony są dość grube z wyraźną czcionką i przyjaznym dla oczu kolorem. Książkę da się otworzyć szeroko, nie martwiąc się o wygięcie grzbietu. Jest też czerwona wstążka - zakładka.

Jeśli chodzi o ilustracje to zdecydowanie bardziej podobały mi się te w pierwszym tomie. Tamte miały coś w sobie i zachęcały mnie jeszcze bardziej do czytania. Te tutaj są nijakie. Nie pokazują nic szczególnego. Jak czyta się dany rozdział to pomagają w wyobrażeniu sobie lepiej tego, co się dzieje, ale kiedy przed przeczytaniem przeglądałam ilustracje nic szczególnego mi nie pokazały.

Podsumowując, chyba muszę powiedzieć, że drugi tom "Chłopców" był lepszy od pierwszego. Pojawiło się więcej informacji o przeszłości Chłopców, dzięki czemu pewne rzeczy stały się bardziej jasne i jeszcze bardziej zżyłam się z tym nietypowym gangiem. Wszystko było jakby bardziej dopracowane i wyraziste, a może od przeczytania pierwszego tomu stałam się bardziej tolerancyjna? Nie wiem. Wiem, że "Chłopców 2. Bangarang" mogę polecić każdemu, kto czytał pierwszy tom. Zdecydowanie ta kontynuacja nie należy do tych, na których można się zawieść.
Ocena ogólna: Small Metal Fan 9+/10 Queen Dee --/--



Za możliwość przeczytania dziękuję
Wydawnictwu Sine Qua Non (SQN)


Książka przeczytana w ramach wyzwania Uporać się z własnymi zbiorami.

sobota, 25 stycznia 2014

Co SMF zachomikowała na swojej półce?

Dołączyłam do wyzwania Uporać się z własnymi zbiorami Diany Górskiej z bloga Po uszy w książkach. Polega ono - jak sama nazwa wskazuje - na uporaniu się z własnymi zbiorami. Ja w poprzednim roku i jeszcze wcześniejszym nazbierałam całkiem sporo. I taka książka czeka na półce i czeka, aż wreszcie nastanie jej kolej, tylko kiedy? Przecież ciągle pojawiają się nowe. Dlatego uznałam to wyzwanie za idealne dla mnie. Może wreszcie półka książek do przeczytania troszkę opustoszeje?


Pod spodem są zdjęcia stosów z książkami, które zdobyłam przed końcem 2013 roku i wciąż nie zostały przeze mnie przeczytane. Po przeczytaniu będę je skreślać i pod koniec tego roku sprawdzę jak dużo udało mi się osiągnąć.


Egzemplarze recenzenckie (troszkę się ich nazbierało :D):
-"Dziewiąty mag" (recenzja)
-"Cienioryt" (recenzja)
-"Królestwa Nashiry. Marzenie Talithy" (recenzja)
-"Wilcza księżniczka" (recenzja)
-"Arkadia" (recenzja)
-"Chłopcy 2. Bangarang" (recenzja)
-"Trening umysłu dla bystrzaków" (recenzja)





Książki kupione i dostane w 2012 i 2013:
-"Łza"
-"Władczyni snów"
-"Niemożliwe"
-"Więzień labiryntu"
-"Żelazny cierń"
-"Alicja w Krainie Zombi"






Dostane i kupione w 2013 c.d.:
-"Koło kwintowe"
-"Nie przejdziemy do historii" (recenzja)
-"Wyszedł z domu"
-"Wiatr od Armoryki"
-"Kod druidów i sekrety Celtów"
-"Magia celtycka"
-"Alicja w krainie rzeczywistości"
-"Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu"
-"Mistrzowie gitary"



Może też się do nas dołączycie i spróbujecie pokonać swoje zachomikowane zbiory? :)

piątek, 17 stycznia 2014

Recenzja książki "Przepraszam, czy tu straszy?" - Marcin Przewoźniak

Tytuł: "Przepraszam, czy tu straszy?"
Autor: Marcin Przewoźniak
Ilustracje: Katarzyna Kołodziej
Wydawnictwo: Papilon
Ilość stron: 128
Opis wydawcy: Niedaleko za miastem, tam, gdzie ulica zmienia się w szosę, a za supermarketem zaczyna się gęsty las, stał biały dworek z brązowym dachem. Choć od dawna nikt w nim nie mieszkał, chuligani omijali go szerokim łukiem. Żaden z nich nawet nie próbował wybić szyby ani bazgrać sprejem po ścianie. No dobrze, może któryś próbował, ale dziwnym zbiegiem okoliczności zawsze uciekał z krzykiem do domu, a potem - wyobrażacie to sobie? - stary koń w bluzie z kapturem tulił się do swojej mamy, chlipał i pytał, czy aby na pewno drzwi wejściowe zamknęła na wszystkie zasuwy.
Zapraszamy do domu z duszą na ramieniu!
Niezwykła i zabawna książka dla dzieci lubiących dreszczyk emocji.
Fascynująca historia, która dzięki trzymającej w napięciu akcji rozwinie w dziecku manię czytania.
Pobudzające wyobraźnię ilustracje.
Inspiracja do zabaw i zajęć ćwiczących czytanie ze zrozumieniem.
Nasza opinia: Zapracowany pan Poświatowski postanawia kupić nowy dom dla całej rodziny. Jest jednak tak zajęty pracą, że nie zwraca uwagi na to, co pokazuje mu agent. Ku zdziwieniu agenta wybiera nawiedzony dworek, którego od wielu lat nikt nie chciał kupić. Powód jest prosty - po prostu nie zwrócił uwagi na duchy. Dworek zamieszkuje rodzina Zaświatowskich, która nie chce, aby ktokolwiek zamieszkał razem z nimi. Próbuje wystraszyć na wszelkie sposoby ekipę remontową i Poświatowskich, ale z kiepskim efektem. Duchy nie umieją straszyć współczesnych ludzi. Są ciągle czymś zajęci. Facebookiem, telewizją, telefonami...

Niestety, jak wiadomo, wiele osób nie wierzy w duchy. Dlatego, kiedy dzieci państwa Poświatowskich mówiły nauczycielce w szkole co dzieje się w domu, zostały wysłane do psychologa. Otrzymały dość łatwą do przewidzenia opinię. "(...) Oskar i Julka wyszli z gabinetu (...) z pisemną opinią, że cierpią na nerwicę, zaburzenia emocjonalne, brak umiejętności odróżniania prawdy od kłamstwa oraz ADHD." Kot rodziny Poświatowskich zaprzyjaźnia się z duchem myszy, lecz rodziny wciąż ze sobą walczą. Zaświatowscy straszą, a Poświatowscy używają promieni podczerwonych, transformatorów, paralizatorów induktorów, generatorów oraz latarek i chińskich radyjek. Okazuje się po prostu, że duchy niezbyt dobrze znoszą elektryczność. Jak to w książce dla dzieci wszystko kończy się dobrze.

"-Zaraz oszaleję. Własne dziecko wpędza mnie do grobu - jęknął pan Zaświatowski.
-A to ciekawe mężu. Przypominam łaskawie, że spoczywasz w grobie dokładnie od dwustu lat"

Ciężko mi określić dla jakiej grupy wiekowej dobra będzie ta książka. Chyba nie da się tego zrobić w przypadku takich pozycji, bo każde dziecko jest inne. Dla niektórych 6-latków duch bez głowy albo, trzymający serce, któremu z ust wyfruwają nietoperze nie będzie straszny, ale znajdą się 9-latki, które nie zasną z powodu takiej książki. Tutaj musicie po prostu zdecydować sami. Znacie trochę dziecko, któremu zamierzacie dać prezent, więc zastanówcie się najpierw, czy to książka dla niego. Wiem, że ja kiedy miałam 5 lat czytałam wszystko, ale uwielbiałam historie o duchach, wampirach i innych takich tajemniczych rzeczach, ale moja młodsza siostra w tym samym wieku na sam fakt, że w książce były węże reagowała płaczem.

Książkę czyta się lekko i przyjemnie. Zastanawia mnie tylko po co autor napchał do niej te wszystkie transformatory, induktory, generatory, zaburzenia emocjonalne, ADHD. Wiele dzieci może tego nie zrozumieć, a to nie ma jakiegoś kluczowego wpływu na akcję. Zamiast tych wszystkich -orów naprawdę mogłoby być tam coś innego, a zaburzenia emocjonalne? Aż mi się słabo zrobiło... Zaraz jakieś dziecko naprawdę będzie znerwicowane, bo po przeczytaniu tej książki uzna, że jak powie w szkole coś o duchach to jest jakiś chory psychicznie. Pomijając tę kwestię, momentami czułam się jakby "Przepraszam, czy tu straszy?" pisało dziecko. W pewnych momentach styl Marcina Przewoźniaka przypominał mi 'sztukę' o szacunku dla psów, którą napisałam dla mnie i QD jak miałam 8 lat. Może po prostu byłam takim genialnym dzieckiem, że potrafiłam pisać jak dorosły autor?

"Kocia zemsta ma różne oblicza. Myszon zaczął się zastanawiać, czy duchy mają kapcie, w które można by nad ranem nasikać..."


Wydaniem jak zwykle Wydawnictwo Papilon się wykazało. Jest dobrze przystosowane do niszczycielskich mocy dzieciaków. Okładka jest bardzo solidna, twarda na pewno nie zniszczy się szybko w plecaku, czy w jakimkolwiek innym miejscu. Format jest duży (trochę mniejszy od A4). Strony są jasne, wykonane ze śliskiego papieru. Książka dobrze się otwiera, dzięki czemu wygodnie się ją czyta.
Ilustracje są kolorowe i estetyczne. Pojawiają się mniej więcej na co drugiej stronie. Są dosyć duże, wyraźne i myślę, że spodobają się dzieciom w wieku wczesnoszkolnym. Czcionka jest duża i wyraźna, bardzo dobra dla dzieciaków, które zaczynają same czytać.

Podsumowując, "Przepraszam, czy tu straszy?" jest przyjemną książką z dreszczykiem dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Jest napisana lekkim, prostym językiem. Czcionka jest duża, co jest dobre dla dzieci zaczynających samodzielnie czytać. Dwie rodziny żyjące w starym dworku, choć bardzo się różnią i na początku próbują ze sobą walczyć o dom na końcu zaprzyjaźniają się i żyją razem. Myślę, że jest to dobra książka taka dla zabicia nudy. Nie ma w niej jakichś wyjątkowych rzeczy, po prostu jest przyjemna.
Ocena ogólna: Small Metal Fan 8/10 Queen Dee --/-- 

Za możliwość przeczytania dziękuję
Wydawnictwu Papilon

wtorek, 14 stycznia 2014

Garść styczniowych premier :)

Przeglądałam różne strony z braku siły do robienia pożytecznych rzeczy i natknęłam się na kilka ciekawych zapowiedzi. Co prawda mamy już połowę miesiąca, ale są jeszcze książki, które czekają na premierę, a informacją o tym chciałam się z Wami podzielić. Tak więc nie przedłużając zbytnio.

Poza czasem - Alexandra MonirKiedy rodzinę Michele Windsor dotyka tragedia, dziewczyna zmuszona jest przeprowadzić się z Los Angeles do Nowego Jorku, gdzie mieszkają jej bogaci i arystokratyczni dziadkowie, których nie poznała nigdy wcześniej. W ich starym, pełnym rodzinnych sekretów domu przy Fifth Avenue, Michele odkrywa największą tajemnicę: dziennik jednej z jej przodkiń, który ma niesamowitą moc: przenosi ją w czasie do 1910 roku, kiedy to został napisany. Tam, na wytwornym balu maskowym, Michele poznaje młodego mężczyznę o intensywnie niebieskich oczach, który przez całe życie nawiedzał ją w snach. Zakochuje się w nim i rozpoczyna romans nie z tego świata.
Michele zaczyna prowadzić podwójne życie, próbując zachować równowagę pomiędzy swoim współczesnym, szkolnym życiem a ucieczkami w przeszłość. Kiedy jednak dokonuje straszliwego odkrycia, musi udać się w podróż w czasie, by uratować chłopaka, którego pokochała i zakończyć poszukiwania, które zdecydują o jej losie.


Tutaj moją uwagę przykuła okładka. Teoretycznie okładka zwykłej powieści młodzieżowej z elementem podróży w czasie, ale ma coś w sobie. Myślę, że dla miłośników podróży w czasie to czytadło idealne na zimowe wieczory. W dodatku w duchu naszego autorskiego wyzwania Wycieczka z czasem.
Premiera 15 stycznia!

Zaklinacz czasu - Mitch AlbomKsiążka, która dla wielu czytelników stała się inspiracją i impulsem do życiowych zmian.
Spróbujcie wyobrazić sobie życie bez odmierzania czasu.
Pewnie nie potraficie. Zawsze wiecie, jaki jest miesiąc, rok, dzień tygodnia. A jednak przyroda nigdy nie zwraca uwagi na czas. Ptaki się nie spóźniają. Pies nie patrzy na zegarek. Sarny nie martwią się kolejnymi urodzinami.
Tylko człowiek odmierza czas. Tylko człowiek odlicza godziny. I właśnie dlatego jedynie człowiek doświadcza paraliżującego strachu, którego nie zniosłoby żadne inne stworzenie. Strachu przed tym, że zabraknie mu czasu.


Ta książka nie dość, że przykuła moją uwagę okładką to ma coś w sobie. Coś co mnie do niej ciągnie i teraz nie mogę o niej przestać myśleć. Chyba po prostu będę musiała przygotować dla niej miejsce w biblioteczce.
Premiera 15 stycznia!


"Demon luster" - Martyna RaduchowskaJak pech to pech, w takich stanach nawet niebyt wyciąga ramiona.
Ida jest szamanką od umarlaków, a więc kimś pomiędzy medium a banshee. Nie ma wpływu na to, czyj zgon przepowie, ale z chwilą, w której doznaje wizji, staje się odpowiedzialna za duszę przyszłego zmarłego. Ma obowiązek ją chronić i zadbać, by bezpiecznie trafiła w zaświaty. 
W ciągu ostatniego roku nad wyraz często przekonywała się, jak kłopotliwe jest posiadanie szóstego zmysłu.
Teraz pora zmierzyć się z Kusicielem, znanym jako Demon Luster.


"Demona luster" jestem po prostu ciekawa. Podoba mi się pomysł na książkę, przeczytałam parę słów o autorce i intryguje mnie to jaka jest ta książka.
Premiera 17 stycznia!



"Maybelline" - Sharrie WilliamsCiepła i romantyczna opowieść o barwnych ludziach - czterech pokoleniach rodziny Williamsów, twórców imperium kosmetycznego Maybelline. 
Dziedziczka imperium Maybelline opowiada o losach barwnych krewnych na tle burzliwej historii XX wieku:
- o powiązaniach potentatów kosmetycznych z gwiazdami Hollywood i ustosunkowanymi postaciami amerykańskiego życia społecznego w okresie I i II wojny światowej;
- o umiejętnym wykorzystywaniu zmian w obyczajowości i sytuacji materialnej kobiet do inspirowania i napędzania rozwoju firmy.

Okładka od razu przyciągnęła mój wzrok, no i jestem ciekawa jak powstawała tak wielka firma kosmetyczna jak Maybelline. Choć QD może z bólem potwierdzić, że nie jestem zwolenniczką mocnego makijażu, to coś tam zawsze się przewinie przez moje ręce i zostanie na twarzy.
Premiera 15 stycznia!


"Walt Disney. Potęga marzeń" - Bob Thomas "Walt Disney. Potęga marzeń" to książka znanego biografa Boba Thomasa, poświęcona jednemu z największych marzycieli i wizjonerów ubiegłego wieku! Jak udało się biednemu chłopakowi z małego miasteczka, stworzyć jedną z największych korporacji rozrywkowych na świecie - The Walt Disney Company? To przemawiająca do wyobraźni opowieść o tym, jak ważne są w życiu marzenia i determinacja by dążyć do ich spełnienia. Wydanie biografii zbiega się z premierą filmu "Ratując Pana Banksa" - opartej na faktach opowieści o kulisach powstawania jednej z oscarowych produkcji Walta Disney'a "Mary Poppins"; Walt Disney, zabiegał o prawa do ekranizację postacji stworzonej przez P. L. Travers prawie 20 lat!

To wśród tych wszystkich książek chyba najbardziej wyczekiwana przeze mnie premiera. Jak tylko się dowiedziałam, że wychodzi nowa biografia Walta Disney'a znalazła się na mojej liście must have. Nieważne, czy ktoś mi ją da, czy pójdę do księgarni i sobie kupię. Po prostu muszę ją mieć.
Premiera 15 stycznia!

A Wy? Na co czekacie w tym miesiącu? Coś z powyższych, czy coś zupełnie innego?