Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ocena 0-5. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ocena 0-5. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 lipca 2014

Recenzja książki "Arkadia" - Iwona Michałowska

Tytuł: "Arkadia"
Autor: Iwona Michałowska
Wydawnictwo: Videograf
Ilość stron: 255
Opis wydawcy: Ziemia, bliska przyszłość. Morza zalewają coraz większe części kontynentów, niszcząc cywilizację. Do zakładu wychowawczego w Arkadii trafia Helena. Ta młoda dziewczyna podobno kogoś zabiła, lecz nie zna szczegółów tej zbrodni, gdyż każda nowa więźniarka zostaje poddana wymazaniu pamięci w miejscu zwanym ciemnią. Amnezja nie jest jednak zupełna - w głowie Heleny majaczą skrawki wspomnień, z których próbuje odbudować swoją przeszłość.
W tej apokaliptycznej scenerii rozgrywa się opowieść o nadziei, moralności, a przede wszystkim o miłości rozkwitającej na gruzach świata. Helena broni się przed uczuciem do wychowawczyni Nadii, świadoma, że mogą z niego wyniknąć tylko kłopoty. Tymczasem w zakładzie dochodzi do zbrodni, która stawia pod znakiem zapytania dalsze losy bohaterek. Co się stanie z Nadią? Czy Helena dostanie szansę wyjścia na zewnątrz, by poznać swoją historię?
Nasza opinia: Pierwsza strona zapowiada się całkiem nieźle. Pierwsze zdania powiedziały mi: "Ej stara, to będzie dobre!". Posłuchałam ich i uwierzyłam. Niestety mnie okłamały! Na początku jest nieźle, potem wszystko diabli biorą a na końcu człowiek się przyzwyczaja i da się wytrzymać. Nie chcę używać mocnych słów takich jak: "Pani Iwonie Michałowskiej starczyło pomysłów i zasobów językowych na pół strony.", ale niestety jest w tym trochę prawdy.

Siedzę. Czytam. Zwariuję. Zaraz zwariuję... Błagam, niech ktoś coś zrobi! Atakują mnie dziwne zwroty, ubogie słownictwo i niedociągnięcia! Czytam dwa zdania, muszę zrobić notatkę. Matko, czy uda mi się przeczytać chociaż jedną stronę bez konieczności spisywania uwag? Tak, udało się. Po jakichś 100 stronach niewiele się dzieje, a autorka popełnia nadal te same błędy.

Jak się przebrnie przez pierwsze 30 stron to potem nie jest najgorzej, zaczęłam się nawet trochę wciągać, ale to nie zmieniło mojego zabójczego tempa bliskiego 30 stronom na godzinę... "Arkadii" nie czyta się szybko i lekko, nie wiem w czym leży problem, bo język nie jest trudny, ale po prostu tak jest. Zmęczyłam się tą lekturą.

Dziewczyna popełniła jakieś ciężkie przestępstwo, którego notabene nie pamięta, bo wymazali jej pamięć, więc ma bordową tunikę i robi kartonowe pudła. Robi kartony, bo chyba kogoś zabiła, więc nie może robić drewnianych skrzynek jak jej koleżanki w niebieskich tunikach (one popełniły lżejsze przestępstwa i w nagrodę robią skrzynki!), ale Helena się tym nie martwi! Czasem może zrobić na kartonie pieczątkę, albo przykleić nalepkę! Nawet wiemy jakie nalepki przykleja Helena! Dam Wam cytat, bo wiem, że już nie możecie wysiedzieć z ciekawości, misiaczki. Uwaga, uwaga: "Czasem robi się pieczątki albo przykleja nalepki: "BURAKI", "JABŁKA", "OSTROŻNIE - SZKŁO". Niektórych kartonów się nie oznacza". Niektórych się nie oznacza! Co za emocje! Taka fabuła zasługuje na literackiego Nobla!

W zakładzie są związki lesbijskie. W sumie nic dziwnego. W zakładzie są same kobiety, wychowanki przeszły przez ciemnię, nie pamiętają nic z dawnego życia, albo jakieś małe skrawki. To jednak nie wysuwa się zbytnio na pierwszy plan, no oczywiście zakochanie głównej bohaterki w wychowawczyni wspomniane w opisie wydawcy (żeby nie bylo, że to ja spoileruje) zajmuje trochę większą część, ale przez połowę książki te związki stanowią delikatne tło.

W książce pojawiło się parę denerwujących zwrotów. Moim numerem jeden w tej kategorii jest "Później się dowiem...". Nie rozumiem ani troszeczkę (może ktoś mnie oświeci w komentarzu?) po jakiego grzybka tego używać. Jak się potem dowie, to się potem dowie. Gdyby to był jeszcze narrator abstrakcyjny, ale nie. Główna bohaterka, narracja pierwszoosobowa i mówi, że są kamery, że z noktowizorem, ale ona to się dopiero później dowie. Teraz jeszcze nie wie. Trochę jak spoiler, trochę jak wspomnienia bohaterki... Ni pies, ni wydra, ale na kształt świdra to też nie jest. Zapisując numery stron, uznałam, że można by zrobić z tego coś w rodzaju pijackiej gry. Czytamy książkę jednym tchem i za każdym razem, gdy w tekście pojawi się "Później się dowiem" pijemy. Może gdybym to stosowała "Arkadia" wydałaby mi się lepsza, bo już na pierwszej stronie tekstu pojawia się mój ulubiony zwrot. Naprawdę, pokochałam go tak bardzo, że chyba przepiszę wszystkie cytaty z nim, oprawię w ramki i powieszę nad łóżkiem.

Drugą denerwującą sprawą w "Arkadii" (na szczęście pojawiającą się w mniejszym natężeniu) jest poprawianie się. Moim znajomym ciężko mi było wytłumaczyć o co chodzi, więc Wy - moi kochani czytelnicy pozbawieni mojej gestykulacji z mnóstwem możliwości - dostaniecie ode mnie od razu cytat. A cytat brzmi następująco: "W tajniki więziennego, przepraszam, zakładowego życia wprowadzają mnie trzy towarzyszki z celi, to znaczy z pokoju. Na dolnych pryczach, zwanych łóżkami, śpią Sonia i Paula.". Bum! Pozamiatane! Co się stało? Autorka TRZY RAZY w ciągu jednego zdania się "poprawiła". Rozumiecie moje negatywne emocje, czy potrzebujecie więcej fajniusich cytatów?

Tak, żeby podsumować dwa poprzednie akapity powiem, że takie zwroty mogą się zdarzać, dobrze. Każdy autor ma jakiś swój styl pisania. Tylko błagam! Autorzy moi kochani, jak to się pojawia raz na jakiś dłuższy czas to jest ok, ale jeśli wciskacie to kilka razy na stronie, czy w zdaniu to ma się Was ochotę bardzo mocno przytulić. Za szyję. Drutem kolczastym.

Chcecie wiedzieć coś więcej o ciemni, która wymazuje pamięć? Tylko nie tej normalnej przez którą przechodzi każda osoba trafiająca do zakładu, tylko takiej ciemni, do której trafiają Ci, którzy wyszli na przepustkę i nie wrócili na czas. Wiola zaraz Wam wytłumaczy! Czekajcie, zaraz znajdę... O, mam! "-To, co z nimi robią, to ciemnia do kwadratu. Wychodzisz z niej totalnie ogłupiona, nie znasz świata, nazwanie najprostszej rzeczy sprawia ci trudność. Jesteś jak dziecko z dżungli i mogą z tobą zrobić wszystko. Jesteś megacwelem." Megacwelem! Jaki wyrafinowany neologizm słowotwórczy! Leśmian i Lem mogliby się uczyć od Pani Iwony Michałowskiej!

Dobrze ja rozumiem, że więźniarkiprzepraszamwychowanki nie mówią idealną polszczyzną, ale do jasnej Anielki, ciemnia do kwadratu i megacwel? Kto tak mówi? No kto? Chyba, że to slang więziennyprzepraszamzakładowy. W takim razie przepraszam.

Uwaga, uwaga! Drogi wydawco, opisy nie mają być streszczeniami. Tak tylko przypominam. Ten opis należy do tych, które zdradzają nam co najmniej połowę. Czemu, kochany wydawco, nie mogłeś napisać, że Helena po prostu się zakochuje? Czemu powiedziałeś mi od razu, że zakocha się w Nadii? Przez to tylko czekałam aż się poznają i zaczną spędzać więcej czasu razem.

Ach, jak ja uwielbiam zaznaczanie w książce z gatunku fantasy, czy science fiction informacji, że wszystko jest fikcyjne. Naprawdę, zawsze myślę, że w powieściach mam prawdziwe wydarzenia, a nie jakieś zmyślone. Szkoda, że u Tolkiena to nie jest zaznaczone, bo myślałam, że Śródziemie istnieje i chciałam pojechać do Rivendell, żeby poślubić jakiegoś elfa... Przepraszam bardzo, może się czepiam, ale w miejscu gdzie zwykle znajduje się dedykacja w książce Pani Iwony Michałowskiej mamy następujący tekścik: "Wszystkie postacie, narody, wydarzenia i miejsca w tej książce są zmyślone i nijak się mają do rzeczywistych. Prawdziwe są tylko uczucia". Ojejku... Jakie to słodkie... Tylko uczucia są prawdziwe... A to, że postaci mają ręce i nogi to już fikcja? Filmy, które oglądają bohaterowie, czyli między innymi "Co gryzie Gilberta Grape'a?" i "Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda" też nie istnieją? Hm, najwidoczniej jestem chora psychicznie i je sobie wyobraziłam na ekranie...

Chyba troszkę rozumiem to podkreślenie przez autorkę, że wszystko jest fikcyjne, bo mapka na początku książki od razu skojarzyła mi się z Polską. Tylko tak trochę zalaną, że cały wschód przykrywa Mały Bałtyk. Od zachodu graniczy z Niderlandem, a od południa z Bohemią. No i w okolicach Wrocławia mamy Wracisław. Może po prostu Iwona Michałowska nie chciała się przyznać do chęci zalania morskimi wodami naszych wschodnich sąsiadów dlatego podkreśliła fikcyjność swojej twórczości?

Teraz czytajcie. Będzie jeden pozytyw w tej recenzji! Spodobał mi się sposób opisywania przez Iwonę Michałowską chwil kiedy Helena myślała o Nadii. W pierwszoosobowej narracji zwracała się cały czas do Nadii wprost, nie myśląc, że ona cośtam, tylko ty cośtam. Przykładzik już do Was leci: "Kilka dni później posyłasz po mnie i oto znów wdycham zapach książek, kurzu, świeżego powietrza zza moskitiery i twoim perfum."

Pani Iwona Michałowska przypomniała mi czemu przez bardzo długi czas nie czytałam polskich autorów i czemu wiele osób tego nie robi. Naprawdę, tym razem serio, serio, przepraszam autorkę za to co mówię, ale inaczej nie mogę. Może to nie jest dno i wodorosty, ale "Arkadii" bardzo blisko do tego. Bardzo blisko. Bardzo.

Podsumowując, jest to książka dla osób o silnych nerwach, nie bojących się braku urozmaicenia w środkach językowych. Zdaje mi się, że napisałam wszystko co miałam do powiedzenia o "Arkadii". Mam nadzieję, że następnego dnia po publikacji tej recenzji będę jeszcze żyła. Jeśli nie to wiedzcie, że Was kocham bardzo mocno i Queen Dee też, ale jej się nie będzie chciało przeczytać pewnie.
Ocena ogólna: Small Metal Fan 4/10 Queen Dee --/--

Za możliwość przeczytania dziękuję
Wydawnictwu Videograf

sobota, 26 kwietnia 2014

Recenzja książki "Beta" - Rachel Cohn

Beta - Rachel Cohn
Tytuł: "Beta"
Tytuł oryginalny: "Beta"
Autor: Rachel Cohn
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 316
Opis wydawcy: Szesnastoletnia Elizja to klon stworzony po to, by służyć najbogatszym ludziom, mieszkańcom rajskiej wyspy - Dominium. Nie ma emocji, nie ma duszy. A przynajmniej tak jej powiedziano. Kiedy na jej drodze pojawia się młody chłopak, Tahir, niespodziewanie w jej umyśle zaczynają się budzić uczucia. Elizja nie rozumie, co się z nią dzieje, nie wie, jak sobie radzić z czymś, czego nigdy dotąd nie doświadczyła. Jeżeli inni dowiedzą się o tym, że ona potrafi kochać, czeka ją przerażający los. Pożądanie do Tahira jest jednak zbyt silne, by je ignorować. Gdy bezduszni ludzie rozdzielą zakochanych, Elizja zaczyna walkę o swoją miłość i szczęście...
Nasza opinia: Ta książka z jednej strony mnie do siebie przyciągała, a z drugiej skutecznie odpychała. Będąc w księgarni najczęściej brałam ją do ręki, ale dość szybko czymś zastępowałam. Z opisu wydawała się ciekawa, na dodatek była o klonach i w ogóle cud, miód, orzeszki i polewa, ale jakoś nie byłam jej pewna. Czy spełni oczekiwania, a może się zawiodę? Wiadomo, że to będzie typ "przeznaczonych sobie i rozdzielonych", ale wydawało się, że aż tak szablonowo, to nie będzie. Błąd. To był błąd...

Kilka rzeczy zdziwiło mnie już na wstępie. Mamy z tyłu okładki opis i zdanie: Gdy bezduszni ludzie rozdzielają zakochanych, Elizja zaczyna walkę o swoją miłość i szczęście. Znaczy fajnie i w ogóle, bo robi się bardziej tajemniczo, będzie walka, kopniaki w jaja i fajne chwyty, ale... czemu walczy tylko Elizja? A ten mega-super-przystojniak nie może ruszyć swojego jakże zgrabnego tyłeczka i jej w tym pomóc? Nawet ruszyć jednym paluszkiem, cokolwiek? Od razu robi się dziwnie. No bo jasne, są osoby które walczą o prawa kobiet. No i właśnie tak to się potem kończy, że to kobiety toczą walki o facetów, a nie na odwrót.

Lubię pomysł. Naprawdę. Klony to moja bajka, mój świat i mogłabym o tym czytać i czytać. Jeśli jest jeszcze trochę intryg i sensacji, to przepadnę i już nigdy nie wrócę. To musi jednak się trzymać kupy. Oczywiście Rachel Cohn opisała "klonowość" głównej bohaterki, a także przypływy uczuć, ale to wyglądało trochę sztucznie. Naprawiła to trochę przyjaźnią z innym klonem, bo (tutaj byłby spojler) i wątpliwościami Elizji, ale niesmaku trochę na języku pozostało. Cierpkiego z resztą. Na dodatek to było takie połączenie Zmierzchu i Igrzysk Śmierci, czyli nic zachwycającego.



„Oczy, w których nie widać duszy, są przerażające dla oczu, z których dusza wyziera.”


Miłość. Tak, to jest właśnie to. Wypadło niestety tak samo jak pomysł, czyli mizernie. Z jednej strony nie trwała sekundę, ale bohaterowie zdążyli coś do siebie poczuć od pierwszego wejrzenia. Było tyle sytuacji, które kompletnie dezorientowały czytelnika, że sama nawet nie wiem o kim tak naprawdę jest mowa w zdaniu, które ma zachęcić czytelnika do sięgnięcia po powieść, a mianowicie to takie "miłość klona i człowieka". Bez sensu.

Bohaterka była całkiem niezła. No i nie chodzi mi tu o wielkie balony, co zauważył jej brat na pierwszych stronach książki, ani o wygląd blond tipsiary. Miała ciekawą osobowość i dość dobrze mi się patrzyło na otaczający ją świat jej oczami. Czasem irytowały mnie jej wybory i dość skromne myślenie w porównaniu d ilości wykonywanych czynności, ale polubiłam Elizję.

Język autorki jest nużący. To chyba jedyne określenie, które od razu mi wpadło do głowy, gdy starałam się go opisać. Brnąc w opis jak mała dziewczynka po kolana w bagno nie dość, że się zapadałam coraz głębiej, to byłam coraz bardziej zmęczona. Od dawna nie zasnęłam przy lekturze, a tej pozycji udało się mnie uśpić. Po wcześniejszym przespaniu naprawdę sporej ilości (jak na mnie) czasu. 

Koniec "Bety" był jednym wielkim zonkiem, niestety mało pozytywnym. Tak naprawdę nie wiedziałam czy się śmiać, czy płakać, a tak naprawdę to miałam ochotę po prostu wyrzucić książkę na śmietnik. Na przemian więc przez ostatnie kilka stron powtarzałam słowo "co" i śmiałam się, kręcąc z politowaniem głową. Na dodatek mają wyjść kolejne części. Też nie wiadomo czy sięgać i mieć nadzieję, że się nie zaśnie i dowie coś więcej, czy będzie tylko gorzej.

„Ogień zaczął płonąć. Teraz może tylko przybierać na sile. Nie da się go ugasić.”

Prawdę mówiąc coś mi się w "Becie" podobało... tylko że teraz nie pamiętam już co. Przypomniało mi się jednak, że miałam wspomnieć o świecie. Wyspa, która jest istnym rajem na ziemi, została opisana naprawdę dobrze. Czytając o czystym powietrzu i milutkiej wodzie prawie mruczałam z zachwytu, w głębi siebie płacząc, że nie mogę tam zamieszkać na stałe w wielkiej rezydencji, z brylantowymi bucikami i księciem z bajki. Ja się tak nie bawię!

Okładka jest śliczna! Jest duży tytuł, wysepka, palmy i dwójka młodych ludzi. Kolory są cudowne, nie można przejść obok książki obojętnie, a nawet jeśli się jej potem nie kupi to dlatego, że nie ma się przy sobie gotówki, a kartę zostawiło w samochodzie (chociaż nie mówię z własnego doświadczenia). No, można jeszcze znaleźć coś lepszego, co przy takim wydaniu może się wydawać trudne, ale jest do zrobienia.

Po przeczytaniu książki biczuję się, bo "Betę" poleciłam już znajomej, która z resztą przy mnie dokonała zakupu. Mam jednak nadzieję, że się jej spodoba. Sporo dobrych rzeczy się o niej słyszało więc możne gdybym przeczytała książkę jeszcze raz w innym momencie, a nie po kilku bardzo dobrych książkach, to opinia by była troszkę inna. Podkreślam słowo "troszkę", bo z pewnością nie zmieniłaby się całkowicie i nagle nie pokochałabym powieści całym sercem. 

Pozycja mnie rozczarowała. Autorka poszła po linii najmniejszego oporu i wszystko zepsuła. Gdyby część wydarzeń ułożyło się inaczej, to kochałabym tę książkę i byłaby kolejną, której zrobiłabym ołtarzyk. Obecnie nie zasługuje jednak nawet na stanie w pierwszym rzędzie zamkniętej drzwiczkami biblioteczki, bo aż mi żal tracić miejsce, którego na książki i tak mi brak. 

niedziela, 30 marca 2014

Recenzja książki "Polowanie" - Andrew Fukuda

Tytuł: "Polowanie"
Tytuł oryginalny: "The Hunt"
Autor: Andrew Fukuda
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 356
Opis wydawcy: Nie wolno się pocić. Nie wolno się śmiać. Nie wolno ściągać na siebie uwagi. I przede wszystkim, cokolwiek się robi, nie wolno zakochać się w jednym z nich.
Gene różni się od swoich rówieśników. Nie potrafi biegać szybko jak błyskawica, słońce mu nie szkodzi, nie dręczy go również żądza krwi. Gene jest człowiekiem i zna zasady. Trzeba ukrywać prawdę. To jedyny sposób, żeby zachować życie w świecie nocy – świecie, gdzie ludzie stanowią przysmak i poluje się na nich dla krwi.
Nasza opinia: Nie byłam pewna, czy chcę przeczytać tę książkę. Niektórych pozycji po prostu nie jesteśmy pewni. Wcale nie chodzi o uczucie, że możemy się na niej zawieść, tylko po prostu mamy mieszane uczucia czy ona jest właśnie dla nas. Podchodziłam więc do pozycji sceptycznie, ale opis mnie zaintrygował. Gdyby każda książka miała podobny, to wręcz musiałabym przeczytać je wszystkie! Podsyca apetyt, daje jedynie spróbować, ale pozwala by smak został w ustach na dłużej. By chciało się do niego po prostu wrócić. 

Czytając pierwsze rozdziały nie do końca mogłam się odnaleźć. Czułam się jakbym była jabłkiem i nagle została umieszczona w ciele marchewki, która wszystko odczuwa inaczej. Nawet jeśli wytłumaczono by mnie, że gruszka to pietruszka, a pietruszka to gruszka, to automatycznie mówiłabym inaczej. Bo część zachowań mamy zakodowane w głowie i nawet gdyby nam tłumaczono, to trudno byłoby je zmienić. Po jakimś czasie było już lepiej, ale nadal miałam problem w odczuwaniu tego, co bohater. Może spowodowane jest to odmiennym patrzeniem na świat ze względu na płeć, a może po prostu nie do końca potrafiłam zrozumieć jego zachowanie.

Główny bohater był głupi. No i to właśnie ten głupek był narratorem całej książki. Niestety nie podzielił się tą rolą z nikim mądrzejszym. Już z samego opisu wynika, że jest człowiekiem. Po przekartkowaniu kilku pierwszych stron można się dowiedzieć, że całe te inne od niego istoty (a przynajmniej tak duża ich ilość) zaczęły się pojawiać stosunkowo niedawno. Nie przeszkadza mu jednak pewność, że ludzie którzy nie mieszkali z nim w domu są kompletnymi debilami. Woda. Nie, oni przecież nie znają tak skomplikowanego słowa. To co robimy? Literujemy! W. O. D. A. Zrozumieliście? Dotarło do waszych malutkich mózgów? Co? Ja mam taki sam? Jasne, ale i tak wiem, że mnie nie rozumiecie. To może jeszcze raz. W. O. D. A.

To było ustawione. Ukartowane. Nie wiem jak to jeszcze nazwać, ale wyglądało sztucznie. Bo ja na przykład, gdybym miała przed sobą sto psów i jednego kota w przebraniu psa, to potrafiłabym go odnaleźć. Na dodatek mając super węch, słuch i w ogóle moc superbohatera. Inaczej pachnie, ma miękkie futerko i zwiewa. Nieważne jak bardzo chce przeżyć, bo widząc tylu wrogów każdy by uciekł. Sam Gene powiedział: "Zbyt długie udawanie wywołuje nienawiść. Nienawiść do tego, kim się jest naprawdę". Ja nie mogę zrozumieć tego, że jest w stanie nie być sobą po to, by siebie uratować. Po co ratować coś, co w takiej sytuacji nie ma wartości? Po chrust dawać z siebie wszystko by przeżyć, skoro cały czas boisz się o to życie tak bardzo, że nie jesteś sobą?

"Kiedyś było nas więcej. Bez wątpienia. Nie tylu, żeby wypełnić stadion czy salę kinową, ale na pewno więcej niż teraz. Po prawdzie sądzę, że nikt już nie został. Oprócz mnie. Tak to jest z rzadkimi okazami. Są wysoko cenione i pożądane. I dlatego wymierają."

Wszystko się ciągnęło lepiej niż ciągutka. Trwało i trwało, i trwało, i trwało. Co najważniejsze - nic się nie działo. Akcja toczyła się przez bodaj siedem dni, a wszystko opierało się na tym, by nie zostać zabitym. Pytam się więc, czemu nie mógł się zastrzelić? Matka mi umarła. Cóż, szkoda. Ojciec mi umarł. Cóż, szkoda. Czy tęsknie? Tęskniłem. Cóż, teraz już nie. No ludzie drodzy... Bez Gena nie byłoby książki. A już na pewno nie stałaby się bestsellerem. Tak samo byłoby z miłosną historią związaną z Titanikiem. Gdyby chłopak przeżył (albo w ogóle go nie było), to nikt nie wspominałby tego tak bardzo. Nadal jednak nie wierzę w to, by Gene był tak silnie psychicznie i udawał przez tyle lat doskonale wtapiając się w otaczający go ze wszystkich stron tłum. Wtedy musiałby być wręcz robotem czy potworem bez uczuć, by mieć nadzieję. Na co? Nikt tak naprawdę nie wie. Jako czytelnik - być może się domyślam. Ale główny bohater tego nie dostrzegał. Nigdy nie pomyślał o tym czego chce doczekać. Żył, bo tak kazał mu ojciec. Mam wrażenie, że kończąc tę książkę Gene wyszedł z niej, żartobliwie zasalutował i powiedział "sajonara, frajerze". 

Brakowało mi tu bardzo ważnej rzeczy. Wyjaśnienia. Naprawdę nie potrzebuje wiedzieć jakiego koloru trzewiki miała jego matka. Jaka koszula była ulubioną jego ojca. Kiedy ostatni raz odkurzał dywan. Czy istnieją telefony, jak dostarczają prąd do domostw. Jednak Andrew Fukuda mógł wyjaśnić w jaki sposób ludzie zmienili się nie do poznania i jak powstała pierwsza taka mutacja. 

Polubiłam tę książkę. Jest oryginalna, błyskotliwa i zazdroszczę autorowi wyobraźni i zwrotów akcji. Są tam istoty z kłami, które gdy biegną możesz je dostrzec jedynie pod postacią smugi. Mimo to nie dostrzegłam nigdzie słowa na "w", którego w takim razie chyba nie wolno wymawiać, bo straci się nos*. Kreatury te nie świecą się także jak diament, gdy dotknie je słońce. Stają się raczej wielką ruszającą się postacią ropy. No i może w książce tych w**** nie ma, ale gdybym to ja była w tym świecie zamiast głównego bohatera, to z pewnością bym się do tego odniosła (proste skojarzenia).

Mimo mało inteligentnego bohatera, którego jednak mogłam ostatecznie znieść, książkę czytało mi się dużo sprawniej, niż mogłoby się wydawać. Chciałam za wszelką cenę wiedzieć, co wydarzy się dalej i jak właściwie się to wszystko potoczy, więc raczej nie miałam okazji by od niej odpoczywać. Niestety nie mogę się pogodzić z kilkoma błędami, których w życiu nie powinien Andrew Fukuda popełnić.

Pozycja była przewidywalna. Nie dość, że się ciągnęła jak flaki z olejem, to jeszcze wiedziałam co się zdarzy. To się dopiero nazywa porażka. Był jednak taki moment, gdy zaczęło się wszystko rozkręcać. Tak jakoś na ostatniej stronie. Z podziękowaniami. Dobra, to mogło być złośliwe. Rzeczywiście pod koniec było lepiej, ale co z tego, skoro autor uciął wtedy pierwszy tom i trzeba czekać na następny?

Nie żałuję, że przeczytałam tę książkę. Szczerze powiedziawszy mam wrażenie, że otworzyła mi oczy na pewne niedociągnięcia, które w innych przypadkach były mniej widoczne. Jeśli mogę to tak określić, to nazwałabym ją połączeniem "Ciepłych ciał" ("Żywych trupów"), "Jestem legendą" i "Igrzysk śmierci" (co obecnie już nic nie znaczy bo chyba każdą książkę można porównać do tej pozycji). W całości była jednak jedyna w swoim rodzaju, a takich pozycji nie potrafię sobie odmówić. 
Ocena ogólna: Queen Dee 4/10 Small Metal Fan --/--

*Odniesienie do postaci z HP, której imienia nie wolno było wymawiać.


poniedziałek, 10 marca 2014

Recenzja książki "Look" - Sophia Bennett

Tytuł: "Look"
Tytuł oryginalny: "The Look"
Autor: Sophia Bennett
Wydawnictwo: Egmont
Ilość stron: 359
Opis wydawcy: Ted nie jest może klasyczną pięknością, ale ma w sobie to coś, co sprawia, że pewnego dnia zostaje zaproszona na próbne zdjęcia do jednej z najlepszych w Londynie agencji modelek. Kiedy świat zawodowego modelingu staje przed nią otworem, Ted musi zmierzyć się z nie lada wyzwaniem... Czy blichtr i rywalizacja okażą się ważniejsze niż wsparcie chorej na raka siostry i rodzące się uczucie do przystojnego Nicka?
Nasza opinia: Większość małych dziewczynek chciało być kiedyś księżniczkami. Chodzić w długich balowych sukniach, nie potykać się na schodach będąc ubraną w piętnastocentymetrowe czarne różowe szpilki... Kiedy ten etap mija dużej ilości dziewczyn przechodzi on w chęć zostania modelką. Drogie ciuchy, sława i blask fleszy. Ted jednak do nich nie należy. Nie chciała być modelką, a otrzymuje taką szansę. Może z niej skorzystać i mieć opinię nadętej snobki, albo nie brać w tym udziału i dalej być niezauważalną, nudną nastolatką jak każda, którą mija na ulicy. 

"Wyglądam jak jajo przebrane za pirata."

Przyznam, że zaciekawiła mnie możliwość zobaczenia, jak to jest zostać modelką. Sama w jakiś sposób się tym interesuję, choć zdecydowanie nie polega to na czytaniu brukowców i patrzenie na "śmieszne wywrotki" gwiazd i modelek. Jakbyśmy patrzyli na "brum, brum!" który przewozi piasek i nagle wysypał mu się on w złe miejsce, albo jeszcze lepiej - cała przyczepka mu się wywróciła. Z takiej gazetki nigdy się nic ciekawego nie można dowiedzieć i szczerze mówiąc nie do końca rozumiem co jest w nich takiego, że schodzą w kioskach jak świeże bułeczki. 

Wydawało mi się, że Ted nie można nie lubić. Z nią po prostu t r z e b a się utożsamić. Jednak z kolejnymi stronami zaczęła mi się wydawać coraz mniej wyrazista. Przestała być intrygująca i niesamowita niczym rzeźba, którą trzeba podziwiać. Stopiła się, granice się rozmyły i była zupełnie bez wyrazu. W końcu nie mogłam jej zrozumieć, w pewnych sytuacjach postępowałabym zupełnie inaczej, a ona sama zaczęła mnie irytować i nudzić. Dużo bardziej do gustu przypadła mi jej siostra, która moim zdaniem była naprawdę silną psychicznie dziewczyną, którą mogłabym podziwiać. 

Kojarzycie książkę "Projekt C"? Czytałam. Bardzo  polubiłam. Język autorki przypadł mi do gustu, bo jest lekki. Sophia Bennett pisze książki dla młodzieży, więc i język jest dostosowany do odbiorców - to jest duży plus, bo jakby czuła się nastolatka czytając książkę, z której niewiele rozumie ze względu na terminy, które co chwilę musi sprawdzać w słowniku? Odpowiedź jest jedna: kiepsko. Bo nie da się czuć wtedy komfortowo i pochłaniać książkę z przyjemnością.

"Na zdjęciu wyglądałam jak klucha. Beztroska, szczęśliwa klucha. To moje ulubione zdjęcie. Pozostanie ze mną na zawsze."

Mimo lekkiego stylu, w jakim została napisana ta książka, nie czytało mi się jej najlepiej. Musiałam się wręcz zmuszać, żeby doczytywać rozdziały, a akcja wlokła się nawet nie jak żółw, tylko pies z kulawymi łapami. Wszystkimi. Można by z radością kopnąć ją w tyłek (ale rannych psów nie bijemy), to może zaczęła by się toczyć szybciej. Pewne wątki były bez znaczenia, wypełniały jedynie kartki czcionką. Tak nie wygląda dobra książka. Tak nawet nie powinna wyglądać kiepskiej jakości książka. 

Sophia Bennett poruszyła temat ciężkiej choroby, jaką jest nowotwór. Już po samej informacji w opisie książki na temat tej choroby myślałam, że się po prostu wzruszę. Będzie mi w jakiś sposób smutno, że jednej osobie daje się szansę, a drugiej ją odbiera. W końcu życie nie jest sprawiedliwie. Co mnie zaskoczyło i niestety w mało przyjemny sposób - podczas lektury nie targały mną żadne silne emocje. 

Rozczarowującą mnie sprawą okazała się relacja Nicka i Ted. Napisali sobie SMS'a, nawrzeszczeli na siebie, a potem się lubili. Pytam się: jak?! Tak nie wyglądają kontakty między ludźmi, chyba że sobie plują na siebie nawzajem! Aby zbudować chociażby fundamenty pod znajomość trzeba sobie powiedzieć minimum trzy miłe słowa, a w tej książce pomiędzy nimi tyle nie padło... 

Podsumowując nie wiem co powiedzieć. Po przeczytaniu książki oceniłabym ją na 6/10, a po napisaniu recenzji pod wpływem emocji wyszła mi gorsza ocena, która chyba została udowodniona. Oczekiwałam od autorki "Projektu C" dużo więcej, niż otrzymałam. Może to też wynikać z bardzo wysokiej poprzeczki, którą ustawiłam. Widać to po tym, że książkę udało mi się dostać po promocyjnej cenie na Targach Książki w Warszawie (to przecież ponad pół roku temu było!), a sięgnęłam po nią dopiero teraz, bo nie chciałam się na niej zawieść. 
Ocena ogólna: Queen Dee 4/10 Small Metal Fan --/--

sobota, 15 lutego 2014

Recenzja książki "Przetrwać w czasie" - Hanna Maria Janina Kasperska

Przetrwać w czasie - Hanna Maria Kasperska
Tytuł: "Przetrwać w czasie"
Autor: Hanna Maria Janina Kasperska
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 89
Opis wydawcy: Sonia jest piękną młodą kobietą i obiektem pożądania kilku wysokich rangą oficerów. Dziewczyna bawi się mężczyznami, flirtując po kolei z każdym z nich. Po upojnej nocy spędzonej z Armandem wyjeżdża za granicę. Tam spotyka Leo, który podstępem wywozi ją do willi Zorbiego – obrzydliwego, tłustego Araba. Sparaliżowana strachem dziewczyna nie potrafi zareagować. Zorbi przetrzymuje Sonię, a dziewczyna podejrzewa, że zamierza sprzedać ją do burdelu. Boi się, że zostanie zgwałcona. Postanawia uciec…
Nasza opinia: Zawsze zaczynam od wstępu. Wiecie, kilka zdań owijających w bawełnę. Tutaj... nie ma co owinąć. Najprościej w świecie. Jeśli więc miałabym nakreślić kilka słów tak jak autorka całą książkę to... byłoby niewątpliwie ciekawie i z pewnością nikt nie dotrwałby do końca tego tekstu. Nikt, nawet ja, bo nie dałabym rady go napisać nie wyrywając sobie wszystkich włosów z głowy.

Gdy zobaczyłam okładkę "Przetrwać w czasie" uznałam, że może być ciekawa. Oprawa ze strony gwaficznej nawet mi się podoba, choć jest po prostu kiczowata. Odpowiada temu, co dzieje się w całej powieści i to mi się podoba. Nie jest wzięta z kosmosu. Za to opis jest do bani. Zdradza wszystko, jest po prostu całkowitym i rzeczowym streszczeniem tej ulotki, bo osiemdziesięciu stron nie da się według mnie nazwać książką. Czy nie można było przerwać na tym, że spotkała przystojnego mężczyznę o imieniu Leo?

W opisie jest także napisane, że "boi się że zostanie zgwałcona". Tutaj nie rozumiem już nic. W końcu w 'książce' i opisie jest odnośnik do tego, że obawia się o sprzedanie do burdelu. Tam owszem, może tak się stać - ale Zorbi raczej nie daje jej do zrozumienia "chce Cię zgwałcić, przychodź!". Nie rozumiem także po co w ogóle zdradzać, że bohaterka zostanie przekazana do tłustego araba, który widzi w niej możliwość zysku. Jaki to ma sens? Zniechęca tylko czytelnika i uchyla rąbek ostatniej tajemnicy, która jeszcze by coś trzymała - jakieś napięcie może?

Mimo wszystko po książkę sięgnęłam z entuzjazmem, który obumarł po kilku pierwszych stronach. Chciałam jednak dotrzeć do tego tłustego araba, ucieczki... Miałam nadzieję, że wtedy akcja się rozwinie. O ja głupia. Sam pomysł był fajny, ale wykonanie zupełnie się zwaliło. Autorka miała duży problem z utrzymaniem czytelnika w napięciu, więc czytając książkę byłam wręcz znudzona. O obgryzaniu paznokci z napięcia nawet nie pomyślałam, a akcja mimo że w pewnych momentach szybka - zostawiała czytelnika za sobą. 

"Wdepnęłam w gówno - pomyślała. I muszę uważać, aby się na nim nie poślizgnąć."

Przewracając kolejne strony miałam wrażenie, że czytam streszczenie książki. Emocje bohaterów, ich zachowania, opisy - to wszystko miało dopiero zostać dodane. Na dodatek prawie dostawałam zeza widząc w książce... zdjęcia. Niestety takie obrazki nie zastąpią brakujących kilku słów na temat wszystkich miejsc. Zastanawia mnie czy w ogóle można się wciągnąć w taką książkę. Śledzić wydarzenia i cieszyć się zwrotami akcji (których tutaj nie było). 

Nie mniej jednak, książkę przeczytałam. Uważam to trochę za stracony czas, ale niech będzie.  Czasem trzeba przeczytać coś kiepskiego. Muszę jednak przyznać, że minę miałam bezcenną w chwili, gdy bohaterka próbowała uciec. Mam ją nawet uwiecznioną na zdjęciu, ale chyba wstydzę się ją pokazać. Sonia, nasza mądra dziewczyna, zadzwoniła do mężczyzny który zawiózł ją do tłustego araba, żeby teraz ją od niego zabrał, bo będzie miał kłopoty... 

"Uciekłam od Zorbiego, nie mam dokumentów, więc zgłoszę to policji... Pan wie, czym to grozi, ale nie mnie, tylko panu."

Pani Hanna Maria Janina Kasperska ma styl prosty. Bardzo, bardzo, bardzo, mega prosty. Jeśli ktoś jest ciekawy jak wygląda książka złożona jedynie ze zdań pojedynczych to polecam zapoznanie się z lekturą. 

"Pani Berta czekała na lotnisku. Wśród zgromadzonego tłumu ludzi dostrzegła ją Sonia. Podążyła w jej kierunku. Podeszła do niej. - Witam panią - rzekła."

Podsumowując uważam, że nie mogę bardziej złożyć do kupy tego tekstu. Ta ulotka jest po prostu szablonem, na którego podstawie można napisać coś ciekawego. Czekając na tego tłustego araba byłam bardzo ciekawa, a gdy doszło co do czego, to Sonia była u Zorbiego cholerne dwie strony! Oczywiście, przecież w ciągu takiego czasu to ona już wiedziała, że ją zgwałci i sprzeda. Bogowie brońcie czytelników przed takimi pozycjami...
Ocena ogólna: Queen Dee 2/10 Small Metal Fan --/--


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję
Wydawnictwu Novae Res

wtorek, 11 lutego 2014

Recenzja książki "Milion słońc" - Beth Revis

Milion słońc - Beth RevisTytuł: "Milion słońc"
Tytuł oryginalny: "A milion suns"
Autor: Beth Revis
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Ilość stron: 368
Opis wydawcy: Misja trwa. Po obaleniu dyktatora na pokładzie „Błogosławionego” zapanowała radość. Nie trwa jednak długo, gdyż okazuje się, że załoga statku skrywała tajemnicę, która może przesądzić o losach wyprawy. Niespodziewanie nowa fala morderstw staje się zalążkiem buntu. Rozpoczyna się walka o przetrwanie. Amy rusza tropem tajemniczych wskazówek pozostawionych przez jednego z uczestników misji, a Starszy mierzy się z nowymi wyzwaniami, które stanęły przed nim jako przywódcą. Nikt nie zna odpowiedzi na pytanie, czy kiedykolwiek pasażerowie „Błogosławionego” dotrą do nowej Ziemi…
Nasza opinia: Jakiś czas temu miałam okazję przeczytać pozycję "W otchłani". Szczerze powiedziawszy kupiłam ją w księgarni będąc w innym mieście. Leżała na dziale nowości, a okładka przyciągała wzrok i nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Opis zachęcił. Tak bardzo chciałam się dowiedzieć o co będzie chodzić, że zrezygnowałam na rzecz tej książki z tej, po którą się do księgarni udałam. Mimo zaciekawienia książka nie wywarła na mnie tak dużego wrażenia, na jakie oczekiwałam. Wracając do niej chciałam jedynie przypomnieć sobie jeden moment, który jako jedyny zapamiętałam. Chciałam jednak zapoznać się z dalszą częścią przygód o Amy oraz Starszym (czy on w ogóle miał jakieś prawdziwe imię?) żeby przekonać się, czy drugim tom zapadnie mi w pamięć na dłużej.

Czytając "Milion słońc" zaczęłam się dosłownie gubić. Autorka miała doskonały pomysł z narracją z punktu widzenia zarówno głównej bohaterki, jak i bohatera, ale to wprowadziło zamieszanie. Fabuła była złożona i skomplikowana niczym najtrudniejszy labirynt. Z każdą stroną wchodziło się coraz dalej, odkrywało nowe korytarze i gubiło cel. Nie zaznaczaliśmy drogi powrotnej okruszkami chleba, więc nic nie prowadziło nas z powrotem. W pewnej więc chwili miałam wrażenie, że Amy jest też Starszym i wszystko wywróciło się do góry nogami. Czytałam rozdziały po dwa razy, szukałam wcześniejszych zdarzeń by wszystko sobie uporządkować i w pewnym momencie nawet uznałam, że będę musiała sobie zrobić plan wydarzeń. Z jednej więc strony dobrze czytało się pięciu stronicowe rozdziały, a z drugiej mijały tak szybko, że mimo nagłówków z imionami bohaterów miałam problem z tak szybkim przeskoczeniem z jednego "ciała" w drugie. 


Lubię się pobawić w detektywa. Naprawdę. Kiedyś nawet chciałam zostać super agentką do zadań specjalnych, ale wiadomo. Wyszło jak wyszło, czyli nijak. Na "Błogosławionym", czyli statku na którym toczy się akcja powieści, gdy dostajemy odpowiedź na jedno pytanie, z nieba spada nam na głowę pięć kolejnych. Żeby wejść bardziej klimatycznie można powiedzieć, że spada nam na głowę milion pytań z miliona słońc. Rzeczywiście fajnie jest, gdy czytelnik może odkrywać prawdę stopniowo razem z bohaterami. Czytając tę powieść miałam jednak wrażenie, że zlęknieni i mało zorganizowani bohaterowie mają większą pewność w rządzeniu wielkim statkiem niż ja, przewracając stronice "Miliona słońc".

-Ty durniu! - Wymierzyła mi kolejny cios. - Po co mi nowa planeta bez ciebie? (...) -Bez ciebie nowy świat nie byłby nic wart - wyszeptała.

Autorka ma jak dla mnie bardzo specyficzny język. Czytając pojedyncze zdania nic oryginalnego w nich nie widzimy, ale gdy już zaczniemy czytać, to rzuca się on w oczy. Jest to pozytywnym czynnikiem, bo gdybym dostała fragment tej książki to nie pomyliłabym jej z żadną inną. Trzeba jednak się do niego przyzwyczaić. Ja w pewnych momentach musiałam sobie dać chwilę na ochłonięcie. Zbyt dużo kosmicznych wieści może ziemską istotkę przytłoczyć, a ja wolałabym nie zostać jednak zgnieciona jak pierwszy lepszy robak. 

Relacja pomiędzy bohaterami jest skomplikowana. Szczerze powiedziawszy oczekiwałam tego, że coś do siebie poczują i nie będą dla siebie obojętni jak powietrze. Ich uczucia względem siebie są jednak bardziej zmienne niż emocje stereotypowej kobiety. W jednej chwili się nienawidzą, w drugiej są dla siebie oparciem. Niczym historia pisana życiem. Denerwowała mnie jednak tak duża zmienność. Ich relacja była za jaskiniowcami podczas gdy tajemnice rozwijającą się w zastraszającym tempie metropolią. Co zaskakujące - z Amy i Starszym nie działa powiedzenie, że trzeba upaść na dno, by móc się od niego odbić. Oni na nie upadają, ale nie mają wręcz siły na to odepchnięcie się. Oczywiście jakieś małe, szczęśliwe wzgórki znajdą po drodze ale chyba tylko po to by spaść z nich i zrobić sobie jeszcze większe kuku...

Zastanawia mnie dlaczego zmieniany jest nagle szablon okładek w drugich bądź trzecich tomach różnych serii. Do pięknej wersji pierwszej części tej powieści idealnie pasowała stara wersja drugiego. Co było więc powodem dla którego zastąpiono sprawdzony wygląd zupełnie nowym? Czy ma to zachęcić czytelników, czy jest zupełnie inny powód? Przyznam, że gdy trzymam sobie przed nosem "W otchłani" i "Milion słońc" nigdy bym nie pomyślała, że mogą być serią! Na dodatek ruda dziewczyna ma taką minę jakby właśnie dostała patelnią w twarz, a chłopak niewiele lepiej. Na szczęście zachowano idealną i komfortową czcionkę...

"Miłość nie jest miłością, jeśli nie ma się wyboru."

Podsumowując mogę powiedzieć że długo oczekiwałam na drugi tom z serii o "Błogosławionym". Muszę jednak przyznać, że jestem zawiedziona. Oczekiwałam czegoś więcej. Porywu akcji, który wstrząsnąłby czytelnikiem. Odpowiedzi na więcej pytań, rozwikłanie kilku tajemnic. Wypuszczenie kogoś z komory. Tak naprawdę ciekawie zrobiło się na ostatnich pięćdziesięciu stronach. Gdyby autorka upchnęła połowę "Miliona słońc" w pierwszym tomie, a kolejne sto pięćdziesiąt w obecnym tomie trzecim, to wyszłyby z tego dwa tomy ciekawej powieści. Teraz drugi wydaje mi się wstawką pomiędzy pierwszą częścią, a ostatnią.  
Ocena ogólna: Queen Dee 5/10 Small Metal Fan --/--

Za możliwość przeczytania książki dziękuję
Grupie Wydawniczej Publicat

czwartek, 11 lipca 2013

Recenzja książki "Single" - Meredith Goldstein

Tytuł: "Single"
Tytuł oryginalny: "The Singles"
Autor: Meredith Goldstein
Wydawnictwo: M
Ilość stron: 237
Okładka: miękka
Opis wydawcy: Komiczna i przenikliwa powieść obyczajowa o grupie kilku trzydziestolatków, dawnych przyjaciół z nowojorskiego college’u, którzy spotykają się po kilku latach na weselu jednej z przyjaciółek.
Większość singli się zna (a nawet ze sobą romansowało!), ale jest też dwóch obcych – i nie wiadomo, jak się zachowają.
Już przed samym ślubem jest gorąco od emocji, a podczas nocy weselnej dochodzi – jak to często bywa i w życiu – do nieoczekiwanych konfrontacji, które przynoszą w sumie oczyszczające skutki. Każdy z singli odpowiada sobie podczas tej nocy kogo (lub czego) najbardziej potrzebuje w życiu – i próbuje to zrealizować.
Nasza opinia: Książka „Single” to obyczajowa powieść o grupie trzydziestolatków, którzy znają się z college’u a teraz spotykają po latach. Brzmi wręcz banalnie i od razu wiadomo, że jest to wakacyjna lektura na jeden wolny wieczór. Nie będzie tam nic szczególnego, a lekki język sprawi że książkę będzie się czytało szybko i z przyjemnością. Niestety przypuszczenia nie zawsze się sprawdzają.
Książkę przeczytałam szybko i z łatwością. Nie było tam wartkiej akcji, część momentów mnie niestety nudziła, ale chciałam poznać zakończenie książki. Niestety zakończenia nie było. Ale jak to? Nie było zakończenia? Po prostu go nie było. Czułam się jakby ktoś uciął kilkadziesiąt stron, a mnie jako czytelnika pozostawił z wielką niewiadomą. Sama przyznam, że czułam się zagubiona i nawet sprawdziłam w Internecie faktyczną ilość stron – ale wszystko się zgadza i czuje się jak w jakiejś ukrytej kamerze.
Sama treść według mnie nie miała sensu. O czym jest książka? O tym że kilka singli przyjechało na wesele, a potem rozjechało się do domów – ciekawe, prawda? Jak dla mnie niestety nie. Oczekiwałam od tej książki czegoś lepszego. Może oczekiwałam zbyt dużo? Nie wydaje mi się, bo sądziłam że to właśnie będzie coś w tym stylu.
W książce poznajemy historię piątki singli, którzy przyjeżdżają na wesele ich znajomej. Każdy z singli opisuje historię ze swojego punktu widzenia, a każda ich wypowiedź zajmuje kilka/kilkanaście stron. Najprościej jest to rozpisać w ten sposób: w pierwszej rundzie ich wypowiedzi poznajemy przygotowania do wesela, w następnej to jak bohaterowie przygotowywali się do ślubu i jak poznali Bee, a w dwóch kolejnych aktualną historię ze ślubu i wesela. Brzmi ciekawie, jednak wykonanie leży i kwiczy. Sam podtytuł książki (cudze wesele może zmienić twoje życie) jest według mnie nie na miejscu, bo to wesele nie zmieniło w dużym stopniu życia żadnego z singli, a przynajmniej w moich oczach. Owszem, poznajemy w książkę historie singli, którzy szukają swojej drugiej połówki – ale to nic nie zmienia.

"Oczywiście nawet po miesiącach diety i nową, słono przepłaconą fryzurą oraz fachowym manikiurem Hannah czuła się niechlujnie, kiedy stała obok pierwszej druhny, wyszykowanej pod kamerę."

Mimo tego, książkę przeczytałam i miała także mocne strony. Czasem śmiałam się z tego co powiedzieli bohaterowie, chwilami było mi ich żal – a czasem za nich paliłam się ze wstydu. W pewnym sensie książka zmusza do refleksji nad życiem i tym, co w nim jest ważne i do czego trzeba dążyć.
Samo wydanie książki jest dobre. Beżowe strony, cienka lecz widoczna czcionka, szeroka interlinia – to coś, dzięki czemu czcionkę z przyjemnością mogłam czytać w słońcu, a promienie nie raziły mnie w oczy. Sama okładka jest ciekawa i kolorowa i myślę, że przyciąga wzrok nawet z oddali.
                Komu polecam książkę? Myślę, że zadowoli ona mało wymagających czytelników, którzy lubią książki obyczajowe, które w sumie nie mają rozrysowanej fabuły i są po prostu jakąś bardzo krótką historią życia piątki ludzi. Jednak uważam, że jest to dobra lektura na lato, którą warto wziąć nad morze, czy w góry.
Ocena ogólna: Queen Dee 4/10 Small Metal Fan --/--

Za możliwość czytania książki dziękuję
Wydawnictwu M