Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Twórczość gości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Twórczość gości. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Opowiadanie zwyciężczyni Wiosennego konkursu

 Zakończył się Wiosenny konkurs z okazji pół roku naszego bloga. Jak pewnie wiecie wygrała Jasmine. Swoją odpowiedź wysłała nam na maila, ponieważ była nietypowa. Jako jedyna z uczestników konkursu napisała opowiadanie, m.in. dlatego wygrała. Poniżej możecie przeczytać zwycięską pracę. ;)

   "Zamknęła oczy.

   Zachwycona zaniosła się perlistym śmiechem. Zieleń wirowała jej w oczach niczym
nieznośne mroczki. Przemknęła wąwozem, klucząc między starymi drzewami.
   Niebiański krajobraz niemal lśnił niezwykłością, jakby chełpiąc się swym
niepowtarzalnym pięknem. Trawiaste wzgórza obrośnięte kwiatami jak kolorowe piegi
oprószały ich oblicza, nadając im radosne usposobienie. Śnieżnobiałe i zaróżowione płatki
kwiatów rozsypanych wśród liści okraszały wytworną koronę wysokich, rozłożystych
drzew. Daleki, rozległy horyzont dźwigał błękitny nieboskłon, górujący niczym samotny
ptak otaczający swymi skrzydłami cały świat. Popołudniowe słońce wylewało się z
nieba błyszczącymi strugami. Gdzieś w tle wił się warkocz rzeki rozpościerającej się
na podobieństwo wstęgi ozdabiającej czarowny bukiet. Dźwięki, których muzyka koiła
rozedrganą duszę, mieniły się wszystkimi odcieniami tęczy tonów. Lekki wietrzyk miał
moc rozwiewania wszelkich wątpliwości. Roztaczał słodką kwiatową woń wymieszaną z
zapachem świeżości o poranku.
   Wkroczyła niepewnie na łąkę zaścieloną blaskiem słońca. A wtedy nieodparte uczucie
szczęścia przysłoniło wszelkie wątpliwości i niemal siłą zaciągnęło ją w wąską przestrzeń
między drzewami jabłoni i czereśni. Jej serce zatańczyło z radości, a ona naśladując jego
rytm, wirowała wraz z nim. Poczęła wdychać woń kwiatów i kładącego się powoli do snu
dnia, jednocześnie wykonując energiczne piruety.
   Naraz przystanęła, a bladozielona sukienka zakręciła się wokół jej kolan. Rozwiane
przez wiatr proste, długie włosy opadły niechętnie na plecy. Dmuchnęła, gdy jedno złote
pasmo zgubiło się gdzieś na jej twarzy, przysłaniając widok. Westchnęła w rozmarzeniu i
poczęła spijać całą sobą piękny krajobraz, który sączył się do jej duszy niby słodki sok.
   Lekki powiew nagle zatrzepotał jej w uszach cichym szeptem. Otulił włosy kruchym
kwiecistym oddechem, który zadygotał w nich złotą falą. Uśmiechnięte słońce rozbłysło na
bladoróżowym niebie. Dziewczyna zachwiała się i wyginając zmysłowo ciałem zatańczyła
w jego złotych i pomarańczowych płomieniach. Zaśmiała się, zadzierając wysoko podbródek
i przymykając powieki. Jasne promienie łaskotały przyjemnie jej skórę na twarzy. W
przypływie uczucia beztroski podciągnęła falbany u sukienki i wtedy jej biodra same się
rozkołysały, a kolana rozluźniły. Dała porwać się cudowności chwili i nie otwierając oczu,
pobiegła przed siebie asfaltową drogą. Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Czuła się tak lekka
jak piórko, jak delikatne skrzydełka motyla, jak miękki jedwab.
   Wiatr nagle mocniej zawirował wokół, a ona wraz z nim. Z wciąż przymkniętymi
powiekami runęła w ten wir. Głos wiatru zaświszczał jej w uszach. Owiewana przez niego,
zaczęła kręcić zgrabne piruety wokół własnej osi, nieznacznie posuwając się w przód.
   Właśnie obróciła się, wywijając na palcach całą serię obrotów, gdy wpadła na coś
dużego i twardego. Odbiła się od tego.
   W uszach głośno zaświstał jej huk wiatru, a zawroty głowy sprawiły, że straciła
równowagę. Jednak, o dziwo, nie upadła, bo coś, z czym się zderzyła, chwyciło ją w silne
kleszcze i zamknęło w mocnym uścisku. Mimo zdezorientowania uczepiła się tego, byleby
tylko nie uderzyć o równie twarde podłoże. Powoli podniosła powieki, a potem głowę i
zamarła… w ramionach czarnowłosego chłopaka.
   Dziewczyna odskoczyła od niego, jakby się poparzyła.
   Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem. Kiedy spostrzegła palące jej skórę
spojrzenie ciemnych, brązowych oczu, wstrzymała oddech. Mankiety koszuli miał podwinięte
do łokci, a włosy sterczały w artystycznym nieładzie, błyszcząc refleksami odbijanymi przez
słońce. Przyglądał jej się z intensywnością w ciemnych tęczówkach, których brąz pociemniał
i był teraz wręcz obezwładniający. Rumieńce wypłynęły cicho na jej policzki. Jego uśmiech,
złoty w blasku schodzącego nad doliną słońca, otoczył mu twarz. Świetlne drobinki objęły
jego bujne włosy i zatańczyły w kącikach oczu.
   Zatonęła.
   Krzyk jakiejś nieludzkiej istoty wyrwał ją z marzeń sennych.
   Wstała, potarła oczy i przeciągnęła się w pościeli. Szybko zorientowała się, że wysoki,
piskliwy dźwięk dochodzi z gardła małego kolorowego ptaszka, który postanowił przysiąść
na parapecie jej okna i wyśpiewywać swoje arie dopóki ona nie zaszczyci go spojrzeniem.
Gdy tylko zerknęła w kierunku niezapowiedzianego gościa, ten umilkł i rozłożył skrzydła do
lotu. Zniknął. Tak samo jak jej piękny sen o panującej wszędzie wiosennej aurze.
   Ospale podniosła się z łóżka i podeszła do okna. Wiosna, którą wyśniła kojarzyła
się z dokładnym przeciwieństwem tego, co widziała przed sobą. Zaśnieżone wzgórza i
rozciągający się daleko las w niczym nie przypominały ukwieconych łąk. Mroźny wiatr
świszczący za oknem nie był ciepłym, kojącym wietrzykiem, którym chętnie by się otuliła. A
ponury, nostalgiczny nastrój nie mógł być odpowiednikiem wiosennego stanu zakochania.
   - Ach! – westchnęła, patrząc w szarość poranka. – Piękna ta zima tej wiosny."

Autorką opowiadania jest Jasmine (mail: 
aga18ilm@interia.eu).

niedziela, 23 grudnia 2012

Recenzje filmów!

Szukam osób chętnych do pisania swych opinii o filmach (oczywiście, sami wybieracie jaki ocenicie).

Jeśli jesteście zainteresowani napiszcie w komentarzu pod tym postem, albo do nas na mail:
my.books.1220@gmail.com

wtorek, 27 listopada 2012

Opowiadanie konkursowe "Jezioro Wspomnień"


Jezioro wspomnień to baśń o małej dziewczynce, osadzona w realiach Harry’ego Pottera. Większa część akcji dzieje się w samym Hogwarcie, szkole Magii i Czarodziejstwa, ale są też wtrącenia  innych magicznych miejsc lub samego Londynu. Historia nie będzie skomplikowana. Główna bohaterka rusza na poszukiwanie wspomnień, które powoli tracą świeżość i bledną, znikając całkowicie.
Pytanie: Jak temu zapobiec?

Taki był początkowy zamysł na tą historię, która miała mieć około dziesięć rozdziałów. Doszłam jednak do wniosku, że pozostawię tą historię taką, jaka jest, czyli złożoną z samego prologu.
Przed sobą macie wstęp do właściwej historii.

JEZIORO WSPOMNIEŃ

17 października 1994 roku

Czarna peleryna powiewała na wietrze, a korale uwieszone na szyi tajemniczej postaci uderzały o siebie dźwięcznie w rytm kroków. Mimo ciemnego stroju na twarzy kobiety gościł szeroki uśmiech, a kaskada rudych włosów opadała na twarz pełną starych blizn i świeżych zadrapań. Obok niej kroczyła mała dziewczynka, kurczowo zaciskając dłoń na szacie towarzyszki. Przerażona twarz, jasne, ubłocone kosmyki i poszarpana szata – krótko mówiąc: niewielka postać wyglądała tragicznie.
– Mamusiu, co my tu robimy? – odezwał się delikatny, melodyjny głosik, a głowa, dotychczas ukryta pod kapturem, uniosła się wysoko, aby móc spojrzeć w niesamowicie zielone oczy. – B–boję się – przyznała cichutko dziewczynka, wtulając umazaną twarz w poły płaszcza matki.
Kobieta milczała, z zacięta miną przedzierając się przez krzaki. Ogarnęła córkę ramieniem, tuląc uspokajająco. Każdy szept był nie na miejscu. Każde słowo mogło je zdradzić, a został jeszcze kawałek drogi do bram Hogwartu.
Dziewczynka miała może pięć lat. Była czarodziejką, jak mawiała jej mama. Powtarzała to od dnia jej poczęcia i nie zamierzała przestać. Takim sposobem Lynnette rosła w przeświadczeniu o swoich magicznych zdolnościach, których jednak w żaden sposób nie potrafiła w sobie odkryć. Toteż jednym z powodów, z jakich się tu znalazła, było właśnie otworzenie się na magię tego miejsca.
– Ma–mamusiu! – pisnęła, zahaczając nogą o wystający korzeń i tracąc równowagę. Gdyby nie ramiona kobiety, z pewnością ponownie wylądowałaby na ziemi, kalecząc kolana. – Daleko jeszcze? – kolejne pytanie wymsknęło się z krwiście czerwonych warg kontrastujących z pobladłą twarzą.
W odpowiedzi uzyskała jedynie przytknięty do ust palec. Westchnęła, starając się tym razem bardziej uważać.

* * *

– Do dyrektora – głos kobiety rozbrzmiał pod potężną bramą prowadzącą do zamku. Cierpliwie czekała, aż jej stary, dobry znajomy – Rubeus Hagrid – raczy otworzyć. Nic jednak takiego nie nastąpiło. Dziewczynka w ramionach kobiety zaczęła się trząść, a dźwięki, które dochodziły do jej wyczulonego ucha, przerażały ją. Widziała Hogwart, co znaczyło, że jest magiczna. Jednak wcale się z tego powodu nie cieszyła.
– Aveline, Aveline, Aveline… – nieprzyjemny głos pełen kpiny przedarł się przez ciemną noc. – Czego tu szukasz? Ty, kobieta, która ma wszystko? – Każde słowo owiane nutą sarkazmu aż kuło w serce Lyn. Kim był ten zły pan?
– Severusie, czyżbyś stał się gajowym? Od zawsze wiedziałam, że dyrektor pomylił się co do twojej posady w Hogwarcie – odparła zimno.
Nie odpowiedział. Miał powód, który niezaprzeczalnie należał do tych ważnych, których nie zdradza się nieodpowiednim osobom. Otworzył bramę, przepuszczając dwie, skulone postacie, na chwilę wyglądając na zewnątrz. Nie tylko Lyn słyszała. ON też.
– Wiesz, że nie powinienem cię wpuścić, prawda? – szepnął, a przez ciało dziewczynki przeszedł dreszcz. Czemu ten mężczyzna był taki straszny…?
– Och, Severusie, mam swoje sposoby. Powinieneś też wiedzieć, czego tu szukam – westchnęła. Przecież się znali. Czemu mają służyć te wszystkie gierki? Te wszystkie czasy, kiedy oboje studiowali eliksiry się już nie liczą? A ile to Aveline poświęcała mężczyźnie czasu w Hogwarcie?
– Przykro mi. Posada nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią jest już zajęta – uciął rozmowę, o ile tą krótką wymianę zdań można tak nazwać.
– Skąd wiesz,  p r z y j a c i e l u? – podkreśliła ostatnie słowo. Czy te wszystkie lata naprawdę nic nie znaczą?
– Bo  j a  ją przejmuję.
– ŻARTUJESZ?! – wzburzyła się, a dziewczynka aż sapnęła. Nie chciała tu być!
– Mamusiu… – wyjąkała, dławiąc się łzami.
– Córka… Powiedz, warto było?
– Lyn, jak się uspokoisz, to obiecuję, że potem ci coś pokażę, dobrze? – poczochrała niegdyś jasne, teraz niemal smoliście czarne włosy, czekając na kiwnięcie głową. Kiedy to nastąpiło, postanowiła kontynuować rozmowę. – Przestań. Gerard mnie kocha, jest moim mężem – czego chcesz więcej? Nie, nie krzywdzi mnie… – dodała cicho, kryjąc drżenie głosu. Wspomnienia wróciły…
– Zaprowadź małą do środka,  m u s i m y  porozmawiać – stwierdził chłodno, kładąc nacisk na kolejne  słowa.
Chciała zaprzeczyć. Naprawdę chciała! Ale nie mogła. Była coś Severusowi winna. Z trudem opanowała drżenie rąk, kiedy puszczała córkę i kucała przy niej. Musiała wszystko wyjaśnić Lyn, która jak najbardziej miała prawo się bać. Pokrótce wytłumaczyła pięciolatce, gdzie są i czemu muszą się rozstać. Uściskała córkę, a na pożegnanie pocałowała ją w czoło. Oddała dziewczynkę w ramiona uśmiechniętej Minevry, która obiecała się nią zaopiekować.

* * *

Mijał czas, a Lyn siedziała jak na szpilkach w gabinecie wicedyrektorki. Nie bała się o siebie. Bała się o mamę. Ten pan był zły. Ona to wiedziała. Czuła. Nie pomogły słowa kobiety, która próbowała oderwać dziewczynkę od smutnych myśli. Ani spacery po hogwarckich korytarzach. Nie raz mijały uczniów, którzy z zaciekawieniem spoglądali na dziecko, które kurczowo trzymało dłoń nauczycielki.
– Gdzie mamusia? – zdołała wyszeptać, a Aveline pojawiła się naprzeciwko dziewczynki, wychodząc z bocznego korytarza. Za nią szedł zadumany Severus.
– Jestem, kochanie – wyciągnęła ramiona, a dziewczynka, niewiele myśląc, rzuciła się w nie, tuląc do kobiety.
– Nie zostawiaj mnie więcej… – to była cicha prośba, na którą dziewczynka otrzymała obietnicę:
– Będę zawsze przy tobie – zarzekła się kobieta, powstrzymując łzy. – Obiecuję – wyszeptała do ucha córki, całując je. Nie sądziła, że kiedykolwiek złamie dane słowo…
– Co się sta…? – niedokończone pytanie zawisło w powietrzu. Jedno spojrzenie Severusa starczyło, aby wszystko stało się jasne – na ten temat wręcz nie wolno rozmawiać.
– Mamusiu, pokażesz mi… – zaczęła nieporadnie, nie wiedząc, jak zakończyć. Co mamusia miała jej pokazać…?

* * *

Nadal były w Hogwarcie, a mała Lyn nie zamierzała stamtąd odchodzić. Tu było cudownie. Kiedy mamusia pokazała jej jezioro i wręczyła do ręki sykla, aby go rzuciła i pomyślała życzenie, nie sądziła, że będzie to tak fascynujące przeżycie. Czuła emanującą z wszystkich stron magię. Przymknęła powieki, pomyślała życzenie, po czym rzuciła pieniążek daleko na głęboką wodę. Żałowała, że nie może moczyć nóg.
– Mamusiu, a one tu zawsze będą? Te twoje też? – spytała. Wyglądała pięknie na tle  Hogwartu.
– Dopóki życzenie się nie spełni – zawsze – odparła, klepiąc swoje kolana. Dziewczynka ochoczo na nich usiadła, pozwalając się tulić. Miała nadzieję, że jej marzenie będzie trwało wiecznie.
– Nazwijmy to miejsce Jeziorem Wspomnień, dobrze? Będę codziennie wrzucała pieniążki! – zapewniła.
– Dobrze. Będzie to nasze Jezioro Wspomnień.
I to wystarczyło, aby na twarzy Lyn wykwitł szeroki uśmiech. Kochała mamę. Mama kochała ją. Tak było dobrze.

25 kwietnia 1996 rok

– Jak to?! – wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna nie mógł uwierzyć w usłyszane słowa. – To niemożliwe, rozumiecie? NIE MOŻLIWE! – niemal krzyknął.
– Niestety to prawda – powtórzył po raz kolejny jeden ze stojących w przedpokoju aurorów. – Avelin została porwana przez Śmierciożerców. Przykro mi…
– W dupie mam wasze „przykro mi”! To się nie dzieje naprawdę, nie dzieje naprawdę, nie dzieje, nie… – złapał się za głowę, zaciskając powieki i powtarzając te same słowa jak mantrę.
– Może pomo…?
– WYJDŹCIE! – trzasnął drzwiami, wracając do poprzedniej czynności.
– Tatusiu…? – sześcioletnia Lyn wyszła boso na schody. Trzymała w dłoniach pluszaka i spoglądała z niezrozumieniem na ojca. – Co się stało?
– Idź! Idź i nie wracaj! – krzyknął, kompletnie nie zwracając uwagi na dziecko, słowa, czyny.
Lyn zapłakała. Gdzie mama?

30 czerwca 1996 rok

Mamusia musiała wyjechać – tak sądziła Lyn, którą obecnie zajmowała się babcia. Tatuś podobno musiał coś załatwić…
– Mogę iść na spacer? – spytała, pojawiając się w kuchni.
– Oczywiście, skarbie – uśmiechnęła się wesoło babcia, chociaż na myśl o swojej córce, którą porwali Śmierciożercy i najprawdopodobniej zabili, chciała płakać. Robiła to zawsze wtedy, kiedy Lyn była daleko. – Ale, proszę, nie odchodź poza nasze podwórko, dobrze?
– Dobrze, babciu – pociągnęła nosem. Czuła, że coś wisiało w powietrzu.

* * *

– AAAAAAAA! – krzyk rozdarł powietrze, dźwięk tłuczonych talerzy przerwał ciszę w domu, a państwo Traversowie wybiegli z domu, podążając na głosem wnuczki.
CO SIĘ STAŁO?
– Mamusiu, mamusiu, otwórz oczy! Mamusiu, jesteś! Proszę, przytul mnie! Boję się, naprawdę się boję! Czemu się nie ruszasz, mamusiu?! – wiązanka tym podobnych zdań nie miała końca. Dziadek próbował odciągnąć dziewczynkę od ciała matki leżącego w sadzie.
NIE ŻYŁA.

Autor : Lynette

poniedziałek, 26 listopada 2012

Opowiadanie konkursowe "Pikselowe odbicie”

– Marek, wstawaj już prawie dziesiąta!
Sen. Raz uwolniona bestia nie da tak łatwo znów zapędzić się do klatki. Będzie kluczyć, mylić tropy, nie pozwalając dopaść się myśliwemu. Na świecie istnieje jedna rzecz, która stłumi jej dzikie instynkty. Wszystkie baśnie, bajania starych ludzi podają tylko jeden sposób by bestia stała się potulnym kociakiem. Wystarczy jeden, najzwyklejszy pocałunek, nawet muśnięcie ustami by uśpić sen.
– Kłujesz – rzekła Ania stojąc nad winowajcą, który nadal leżał zagrzebany w pościeli. A on przeciągał się, ziewał niczym hipopotam starając otrząsnąć się z sennych marzeń.– Skoro łaskawie powróciłeś do świata żywych gnaj pod prysznic a ja tymczasem przygotuję śniadanie. Zwinnie niczym wiewiórka uniknęła ręki, która zapragnęła przyczynić się do zaciągnięcia jej krainy lenistwa. Jej długie rude włosy falowały w takt jej kroków, gdy zmierzała do kuchni. Marek obserwując oddalający się cud natury, jak zwykł o niej mówić, zmusił się do działania. Najpierw wymacał leżącą na stoliku komórkę, by sprawdzić czy nikogo licho nie pokusiło pisać do niego w nocy. Skrzynka odbiorcza zawierała jedynie informacje o wygranej. Kolejne BMW miało dołączyć do kolekcji. Już leciał kupować nowy garaż. Spoglądając na wyświetlacz zorientował się, że jest dopiero po ósmej. Cyfrowy wyświetlacz pokazywał cztery cyferki 08:26. A więc było wprawie wpół do dziewiątej.mBył zły. Pierwszy dzień, kiedy mógł się tak naprawdę wyspać, a on zmuszony został do porzucenia krainy snów. Złość znikła równie szybko jak i się pojawiła. Musiał znaleźć pracę, z pensji Ani nie utrzymają się długo. Akurat teraz, gdy zaczęli żyć pełnią życia, on stracił pracę. Obiecał, że pójdzie zrobi nowe zdjęcia do CV, które zacznie rozsyłać. Rozstając się niechętnie z łóżkiem poczłapał do łazienki. Nawet jego twarz była przeciwko niemu. Nucąc pod nosem refren piosenki Queen zabrał się za porządkowanie własnej facjaty. „We will, we will…” auł… „We will, will…” niech to szlag jasny trafi… „We will fuck you!!” To chyba miało mu do przekazania jego oblicze, gdy zobaczył na nim parę krecich kopców. Pryszcze, wągry, zaskórniki jak zwał tak zwał, musiały akurat pojawić się tego dnia, gdy wybierał się zrobić sobie parę fotek. Odpędzając resztki snu letnim prysznicem, przestał się już nimi martwić. W końcu XXI wiek do czegoś zobowiązuję. Tu się podretuszuje, tu się podkoloruje i będzie cacy. Została jeszcze tylko jedna, najmniej wdzięczna czynność. Golenie. A to podobno kobiety mają źle. Ciekawe, co by one powiedziały jak by były zmuszone codziennie jeździć maszynką po twarzy. Oczywiście nie mogło się obejść bez złożenia krwawej ofiary. Ostatni golibroda na świecie rzucił chyba klątwę na wszystkie maszynki. Czemu za każdym razem jak używa nowej wyjętej, co dopiero z osłonki musi się zaciąć? Patrząc na swoje odbicie lustrzane, trzymające przy ranie kawałek waty wolałby nie iść dzisiaj do fotografa. Miał powód. Własną twarz z jej kilkoma powodami. Ale obietnica to obietnica. Nie chciał jej złamać ze względu na Anię, na nowy status społeczny, na przyszłość. – Śniadanie gotowe – dobiegający z kuchni Ani połączony ze smakowitym zapachem wygonił wszystkie złe myśli. Ten dzień nie może być aż taki zły. Pokrzepiony tą myślą oraz całusem na pożegnanie ruszył podbijać świat.

Poranna mgła pozostawiła po sobie jedynie nieprzyjemne uczucie chłodu. Jakby pragnąc zrekompensować nieprzyjemności poranka słońce coraz śmielej pokazywało swe oblicze. Reszta dnia mogła być istnym rajem po ostatnich deszczowych dniach. Zmierzając w kierunku centrum Marek przyglądał się mijanym ludziom. Wszyscy gdzieś się spieszyli. Na twarzach mijanych osób widział ten sam z tym samym zmęczony grymas. Dopiero dostrzegł to teraz, gdy spadł z drabiny sukcesu na szczebel bezrobocia. Ale we współczesnym świecie taka jest cena szczęścia. Rozmyślając nad tym nawet nie zauważył, kiedy minął rynek zagłębiając się w jakąś uliczkę. Rozglądając się wokół siebie starał się zlokalizować gdzie dotarł. Często urządzali sobie z Anią długie spacery po rynku i po jego uliczkach, ale tej jakoś nie pamiętał. Czyżby się zgubił? We własnym mieście? Kochanie jak by się o tym dowiedziała zaczęłaby się śmiać. Zapewne sam śmiałby się z własnego gapiostwa, zarażony jej wesołością. No nic, skoro już tu przybył, to może warto odkryć, co też ona skrywa. Zagłębiając się w nieznane, Marek podziwiał piękne zadbane kamienice. Stanowiły duży kontrast z rynkiem. Widać ktoś nie żałował forsy by zachować ich piękny renesansowy wygląd.
Mile zaskoczony Marek zatrzymał się przed jednym z budynków. Jego uwagę przykuł kawałek papieru wiszący na drzwiach – cztery w cenie trzech. Niepozorna kartka z nabazgranymi odręcznie paroma słowami. Chociaż nazwać je bazgrołami było afrontem wobec ich twórcy. Staranie wykaligrafowane stanowiły istne dzieło sztuki w dobie długopisów i wiecznych piór. Do tego jeszcze szyld z napisem – Fotograf. Szczęście jednak się dzisiaj do mnie nie wypięło. Za zaoszczędzone fundusze, kupię jakiś miły drobiazg Ani. Dawno już nic jej nie podarowałem. Pokrzepiony tą myślą wmaszerował do środka. Cichutki dźwięk dzwonka zawieszonego u futryny obwieścił przybycie klienta. Markowi skojarzyło się to z fanfarami obwieszającymi przybycie jakieś znamiennej persony. Być może to wnętrze podsunęło mu takie myśli. Nie przypominało mu ono typowego zakładu fotograficznego. Bardziej nasuwały się skojarzenia z prywatnym gabinetem. Jedną ścianę zasłaniał całkowicie regał z książkami. Panujący półmrok pozwolił mu na odczytanie tylko kilku z pośród zgromadzonych tu tytułów. „Boska komedia” Dantego, „Faust” Goethego czy „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa. Stanowiły one zaledwie ułamek zbiorów. Bojąc się podejść bliżej chłonął atmosferę wnętrza. Bujany fotel, starodawne biurko, sekretarzyk. Brakowało tylko tlącego się w kominku ognia, chociaż i bez tego było tu dostatecznie ciepło. Słysząc zbliżające się kroki, Marek nagle zapragnął uciec z tego miejsca. Biec przed siebie, nie oglądając się za odkrytą uliczką. Zdusiwszy jednak ten iracjonaly strach postanowił zrobić to, po co tu przyszedł. Potrzebował nowych zdjęć, a że akurat jest tu promocja to, czemu miałby nie skorzystać. Rozglądając się po wnętrzu oczekiwał przybycia fotografa, który sądząc po odgłosach pracował nad czymś. Zdziwiła go jedna rzecz. Nie dostrzegł tego na początku. Dopiero teraz się zorientował, czego tak naprawdę tu brakuje. Zdjęć. W każdym zakładzie, w którym był, wszędzie wisiały fotografie zadowolonych klientów. Tu nie było ani jednej. Dalsze rozmyślanie nad tym zjawiskiem, przerwało przybycie gospodarza. Marek zastanawiał, co wprawiło go w większe zdumienie – wnętrze pracowni czy wygląd fotografa. Jego strój nie pasował do wystroju. Spłowiałe dżinsy, flanelowa koszula, do tego jeszcze włosy związane w kucyk. Przez chwile spodziewał się, że wejdzie tu postawny jegomość opatulony w wełniany szlafrok z dymiąca fajką, który kategorycznym głosem każe mu się wynosić.
– Witam, czym mogę panu służyć.
– Potrzebuję zdjęć, standardowa wielkość. Nagrywa pan może na płytę?
Śmiech, jaki wydobył się z ust fotografa, brzmiał dziwnie. Jakby ktoś połknął żabę i ona rechotałaby w jego żołądku. Takie wrażenie odniósł Marek, słysząc odpowiedz na swoje pytanie.
–Pomimo iż wnętrze jest nietypowe jak na taki zakład, świadczę pełen zakres usług dla moich klientów. W końcu mamy XXI wiek, nieprawdaż? Proszę niech pan siada, zaraz przygotuję sprzęt.
Gdy tylko Marek przekroczył próg pracowni zapaliło się światło, oświetlając stołek,na którym miał usiąść. Przez chwilę poczuł się zaniepokojony nagłym rozbłyskiem, ale widocznie gdzieś musiał być umieszczony czujnik ruchu. W końcu XXI wiek zobowiązuję do czegoś. Sesja zdjęciowa przebiegła nadzwyczaj sprawnie. Nie było żadnego poprawiania, zmian. Nawet nie zauważył, kiedy rzemieślnik wyciągnął najnowszy model laptopa firmy Asus, po czym załadował jego zdjęcia.
– O proszę, wszystko wyszło idealnie. Nie trzeba żadnego retuszu.
Słysząc te słowa, Marek uświadomił sobie dopiero, że nadal siedzi na stołku w pracowni. Jak oparzony zerwał się z niego by obejrzeć efekty pracy. Fotograf miał racje. Na początku nie poznał siebie. Znikły gdzieś wory pod oczami, których się nabawił pracując do późna. Cera zdawała się zdrowsza, nie było nawet śladu po porannych niespodziankach. Jak urzeczony patrzył w ekran. Ocknął się dopiero jak fotograf wręczał mu do ręki płytę za zdjęciami oraz niepozorny kartonik. Gdy zajrzał do środka zobaczył swoją twarz powieloną czterokrotnie. Fotograf widząc minę gościa, uprzedził go słowami – To gratis. Widzę, że miał pan wczoraj ciężki dzień. Niech pan komuś podaruje jedno ze zdjęć, na pewno sprawi komuś to radość.

Stojąc za drzwiami zakładu, Marek nie mógł uwierzyć w to, co zaszło. Nie dość, że zdjęcia wyszły idealnie, zapłacił znacznie mniej niż powinien to jeszcze dostał cztery odbitki. Ten dzień nie jest taki zły, jak się wydawał. Idąc przed siebie przypomniał sobie o wizytówce, jaką dostał, gdy wychodził. Sięgnął do tylnej kieszeni, ale jej nie znalazł. W portfelu też jej nie było. Przestraszony, że mógłby ja zgubić starał się sobie przypomnieć gdzie ją wsadził. Znalazła się. Zawieruszyła się między zdjęciami. Mały niepozorny kartonik.

Amos Dzeus
Usługi fotograficzne – cztery w cenie trzech.
„Diabolus est in singulis”

Dziwne imię. Może to Grek? Dla mnie może być nawet Senegalczykiem, ważne, że robi takie świetne zdjęcia. Zmierzając do kwiaciarni, zapragnął raz jeszcze spojrzeć na swoje pikselowe odbicie. Spoglądając na nie, nie zauważył, kiedy wszedł na jezdnie. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał nim nastała ciemność był pisk hamującego samochodu. Potem było już tylko coraz ciemniej.

- Nie sądziłem, że tak szybko się spotkamy.
Ciemność zaczęła powoli ustępować. Jednak nie zawsze jasność musi oznaczać coś lepszego. Marek powoli zaczął odzyskiwać świadomość a z nią pamięć. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał były zdjęcia oraz pisk opon. Miał wypadek! Poderwał się gwałtownie rozglądając się wokoło. Znajdował się w szpitalu, co ustalił po całej aparaturze medycznej oraz po nieodłącznej kroplówce. Patrząc na spadające krople tłoczące w jego żyły leki, starał się zebrać swoje wspomnienia. Przypomniał sobie pobudkę, wizytę u fotografa, myśl o prezencie dla Ani. ANIA! Muszę jej powiedzieć, że żyję. Zerwał się szybko z łóżka, widząc jednak, że rozmawia z lekarzem, przystanął niezdecydowany. Coś było nie tak. Twarz ukochanej nie wyrażała radości, był na niej głęboko smutek odbity w przekrwionych oczach. Co tego jeszcze ten głos. Już go gdzieś słyszał. Odwracając się zobaczył siedzącego na szpitalnym taborecie fotografa, u, którego robił sobie dzisiaj zdjęcia. Jeszcze większego szoku doznał widząc swoje ciało, z którego wystawała masa rurek doprowadzających i odprowadzających płyny.
– Siadaj chłopcze, mamy jeszcze trzy minuty – oznajmił gość wyciągając z kieszeni koszuli staroświecki chronometr. Zszokowany Marek usiadł ciężko na łóżku. Nie rozumiał, co się dzieje. Po chwili zorientował się, że usiadł na własnej dłoni, przerażony poderwał się na nogi.
– Nic, już nie da się zrobić. Za chwilę Ci wszystko wytłumaczę – głos nieznajomego podziałał niczym bicz. Człowiek, u którego robił zdjęcia siedział na taborecie i palił fajkę. W szpitalu! Marek chciał go już za to opieprzyć, ale zauważył jedną dziwną rzecz. Pielęgniarka, która przyszła sprawdzić życiowe parametry, nawet nie zwróciła uwagi na mężczyznę palącego ostentacyjnie fajkę. Ja umarłem, nie żyje – wszystkie markowe myśli oscylowały wokół tego jednego zagadnienia.
– Jeszcze nie – odezwał się fotograf wypuszczając kółeczka z dymu. Zostały Ci jeszcze jakieś niecałe trzy minuty. Powiem Ci szczerze, rzadko się zdarza bym tak szybko spotykał się ponownie z klientem.
– Kim do cholery jesteś i co się tu dzieje! Ostatnie słowa zagrzmiały niczym wystrzał armatni, ale jakoś nikt nie zwrócił na to uwagi. Pielęgniarki krzątały się po korytarzu, Ania płakała słuchając wywodu lekarza. A on stał i wykrzykiwał swoją frustrację w powietrze.
– Jestem tym, który przybył po Twoją duszę.
– Jaką duszę? Co Ty do cholery gadasz!?
– Na łóżku leży Twoje ciało, a Ty jesteś jego duchową manifestacją. Podpisałem dzisiaj z Tobą cyrograf i przybyłem odebrać, co moje.
Fotograf widząc, że Marek nic nie rozumie postanowił wyjaśnić mu wszystko od początku. – Wiesz, że Indianie twierdzili, że robienie im zdjęć odbiera im duszę. Dlatego też niełatwo było znaleźć w tamtych czasach czerwonoskórego, który stanąłby żywy do fotografii. Diabeł-fotograf złapał się za głowę widząc niedowierzanie malujące się na twarzy jego ofiary. – Tak, Twoja dusza jest już moja. Z chwilą, gdy zrobiłem Ci zdjęcia podpisałeś ze mną pakt. W końcu mamy XXI wiek, a on do czegoś zobowiązuje.
– A krew? Nie złożyłem podpisu! – Marek słysząc diabelską tyradę zerwał się z łóżka. – Każdy, kto podpisywał pakt robił to własną krwią. Ja nic takiego nie zrobiłem. Więc jest nie ważny – wykrzykiwał krążąc po pokoju niczym mucha wokół żyrandola. Lecz za każdym razem, gdy patrzył na swoje ciało zwieszał głowę zrezygnowany.
– Zrezygnowaliśmy z krwi, za często nas oszukiwano. Ten sposób nie dość, że dochodowy to jeszcze okazał się skuteczny. A Ty dałeś się skusić. Czas sabatów i orgii w świetle księżyca już dawno minął. W obecnych czasach zamiast przyjemności można złapać jakąś chorobę – powiedziawszy to Amos Dzeus skrzywił się jak by sam padł jej ofiarą. Jedyną Twoją winą było to, że zapragnąłeś zaoszczędzić pieniądze, by kupić coś ukochanej. A Twoim jedynym grzechem była pycha, która doprowadziła Cię aż tutaj. Minuta – stwierdził diabeł patrząc na swój staroświecki zegarek.
– Ale ja nigdy nikogo nie zabiłem. Nie skrzywdziłem. Nie powinienem trafić do piekła – Marek spróbował ostatniej deski ratunku. – To jakieś żarty, ukryta kamera!
– I tu masz rację. Rzadko kiedy trafia nam się tak czysta dusza jak Twoja. Przeważnie zdjęcia wychodzą o wiele gorzej. Do mojego zakładu trafiają ludzie, którzy mają już coś na sumieniu. Czemu nie wyszły ślady po pryszczach, cienie pod oczami czy ranne zacięcie? Ponieważ ja prześwietlam Twoją duszę nie ciało! To nie są żarty, przykro mi. Twój czas właśnie minął, do zobaczenia w innym miejscu Marku.
Równomierne EKG serca z terenu górzystego zmieniło się w prostą linię. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyła nieszczęsna ofiara diabelskich sztuczek, była masa ludzi, która nagle zgromadziła się wokół jej ciała. Potem nastała ciemność.

– Tu nie wolno palić – głos siostry złapał go jak opuszczał intensywną terapię.
– Proszę mi wybaczyć, przebywam często wśród dymu i może stąd ten zapach. Sam nie palę, i pani też nie powinna. Nie odwrócił się by zobaczyć minę pielęgniarki, gdy usłyszała o papierosach. Gdy tylko zniknął za drzwiami rozpłynął się niczym dym.

– Patrz Kochanie, cztery w cenie trzech. Może pstrykniemy sobie fotkę? – dziewczyna, widząc kartkę wzdrygnęła się mimowolnie. Trafili przez przypadek na tą uliczkę, niepasującej jakoś do okolicy. Nie, jestem nieuczesana. Wracajmy do domu – chwyciwszy rękę towarzyszącego jej chłopaka, pociągnęła go ku wylotowi uliczki.

–Hmmm… Ciekawe…
– Nic takiego, proszę księdza. Nic takiego. Proszę, oto moja wizytówka. Niepozorny kartonik powędrował z ręki do ręki.
– Amos Dzeus. Jest pan Grekiem może? – duchowny widząc nietypowe imię poczuł nieodpartą chęć zapytania się o pochodzenie.
– Nie. Tam skąd pochodzę jest dużo cieplej...
Zapraszam, proszę wygonie usiąść, już szykuję aparat – fotograf zniknął za szkarłatną kotarą. „Tutaj musimy zastosować większą rozdzielczość” – pomyślał Amos Dzeus.


Autot : Chochlik

czwartek, 22 listopada 2012

Opowiadanie konkursowe "Drogi pamiętniku"

Drogi pamiętniku, jestem we Włoszech na wakacjach. Piękna pogoda, okolice i mili ludzie. Czego więcej pragnąć? Niestety zostały mi jeszcze tylko 4 dni podziwiania tych pięknych okolic. Zwiedziłam już dużo. Niestety zmarnowałam też swój czas na wylegiwanie się na plaży i pilnowaniu Michaliny, by nie wypłynęła za głęboko, ani nie wplątała się w żadne kłopoty, co swoją drogą dosyć łatwo jej przychodzi. Na szczęście z dobrą lekturą w rękach zapominałam o otaczającym mnie świecie.
Jeśli chodzi o chłopców, to moja opinia się w cale nie zmieniła. Jak na razie nie poznałam, żadnego mężczyzny, a zadawać się z chłoptasiami, którzy sami jeszcze nie wiedzą czego chcą nie mam zamiaru. Gośki nie ma całymi dniami, ciągle przebywa z Jeremim. Nic do niego nie mam, ale jednak wolałam, gdy miała na nas oko.
Michalina pozwala sobie na wszystko. Nie chcę by stała się taka, jak te wszystkie puste dziewczynki, ale to już chyba nie ode mnie zależy. Musiałam iść z nią na kompromis, bo zaczęła już się buntować, że tylko ciągle zwiedzamy jakieś muzea i zabytki, a ona chce się bawić. Obiecałam, że pójdę z nią na jedną dyskotekę w wybrany przez nią dzień. Niestety, ten dzień wypadł dzisiaj.
Jakoś nie szczególnie przejmuję się co założę. Wszystko mi jedno. Pójdę, odsiedzę swoje i wrócę do codziennego życia, a młoda chociaż trochę się zabawi.
Jest już prawie 18 powinnyśmy wyjść jakieś pół godziny temu, aczkolwiek Miśka nie mogła się wyzbierać. Stroiła się, malowała, aż żal patrzeć jak się marnuje, jak marnuje swoją nieskazitelna cerę od kosmetyków i gęste kręte włosy od prostownicy . Szkoda, jest naprawdę mądra, tylko że, ci chłopcy jej tak w głowie mamią. Sama jeszcze nie wie czego chce. Mam tylko nadzieję, że wybierze właściwą drogę.
- Misia, chodź już! Nie mam zamiaru tam siedzieć do północy
- Tak, tak… Ty tylko marudzisz. Wyjdziesz, zabawisz się. Zobaczysz, że świat to nie tylko nauka. – Wiem, że świat to nie tylko nauka. Wiem to doskonale! Świat to też, mnóstwo niebezpieczeństw od których mam zamiar trzymać się z daleka. Niestety, jak na przekór moją młodszą siostrę wręcz do nich przyciąga.
- No chyba tak nie pójdziesz? Zwykłe jeansy i sprany t-shirt! Nie mam zamiaru się tam za ciebie wstydzić.
- Wiesz co? Pomyślałam tak samo o tobie! Zobacz jak ty wyglądasz! Masz dopiero 16 lat, a już ubierasz się jak… Zresztą co tu dużo mówić, albo się przebierzesz albo nigdzie nie idziesz!
- Nie będziesz mną rządzić! Wyjdę tak jak chcę. – Nie lubiłam się z nią kłócić, ale prawda była taka, że ubierała się jak jakaś lafirynda! Spódniczka mini i top, przy którym z kilometra widać jaki ma biustonosz, lub że niema go wcale.
-Dobra pójdę na kompromis, ty założysz coś innego, to i ja. Wiesz dobrze, że beze mnie nigdzie się nie wybierzesz. – Nie będę taka wredna, postanowiłam jakoś załagodzić sytuację. Ona ma własny styl, i doceniam to, póki nie przesadzi. Tym razem jednak tak było i musiałam zareagować. Wiem, że marudzę jak stara baba, ale… to moja młodsza siostra. Nie chcę by została skrzywdzona przez jakiegoś pajaca. Tylko dlatego, że pomyśli, że jest „panią lekkich obyczajów!”
- Dlaczego nie możesz być jak inne dziewczyny w twoim wieku? Dlaczego nie potrafisz się zabawić? Masz już 18 lat, a byłaś zaledwie na trzech dyskotekach i to jeszcze nie z własnej woli. Prawie w ogóle nie widujesz się ze swoimi znajomymi. Dajesz mi podstawy by sądzić, że wcale ich nie masz! Ciągle tylko nauka, książki. Nie pochodzisz, po galerii jak normalna dziewczyna. Zamiast tego wolisz się uczyć. Jesteś nudna! Zrozum to. Nie dziwię się, że znajomi nie zapraszają cię nigdzie. – Co? Jak ona śmie tak twierdzić! Jest bezczelna i arogancka. Nie jestem nudna! Owszem mam inne zainteresowania niż większość moich rówieśników, ale ja też potrafię się zabawić. Tylko, że ja w przeciwieństwie do większości umiem bez alkoholu! Ale nie od dziś cenię sobie szczerość. Te słowa zabolały. Teraz już wiem jakie ma o mnie zdanie większość. Mimo wszystko i tak nie mam zamiaru się zmieniać.
To ich problem, jeśli nie akceptują mnie taką jaką jestem.
Weszłam do pokoju i trzasnęłam drzwiami. Z oddali słyszałam głos Michaliny. Przepraszała mnie. To bez znaczenia. Po policzku popłynęły mi łzy. To prawda, jestem nudna, nie mam przyjaciół i nigdy nie miałam chłopaka. Ciągle marzę o księciu z bajki, a sama nie potrafię się zachować jak księżniczka. Dość tego, muszę wziąć się w garść.
Gdy już trochę ochłonęłam wyszłam z pokoju. Myślałam, że w salonie zastanę Michalinę, ale na próżno się łudziłam. Zamiast tego na stole była zostawiona karteczka.
„ Droga Rito, przepraszam za gorzkie słowa prawdy, ale musiałam ci je kiedyś powiedzieć. Gdy zamknęłaś się w pokoju, próbowałam jakoś cię przeprosić. Na marne. Myślałam, że ten wieczór, będzie należał do nas. Nie mogłam dłużej czekać. Siedziałaś tam ponad godzinę. Sądziłam, że usnęłaś. Skoro to czytasz, pewnie tak nie jest. Mam przy sobie telefon, pieniądze i zdrowy rozsądek. Wedle życzenia przebrałam się w nieco dłuższe ciuchy, zakrywające co potrzeba Mam nadzieję, że się nie wściekasz, aż tak bardzo. W razie czego bawię się w dyskotece za rogiem. Liczę na to, że nie przyjdziesz i mnie nie ośmieszysz swoim nadopiekuńczym zachowaniem, wręcz przeciwnie, dołączysz do zabawy. Wrócę nad ranem. Buziaki kochająca Misia ;* ”
Nie wiedziałam, czy mam się złościć, czy cieszyć, że moja siostra napisała tak inteligentną jak na nią wiadomość, w której nie powtarza się co drugie zdanie, tak jak to było do tej pory. Ufam jej, ale mimo wszystko boję się, że sobie nie poradzi. Chyba powinnam się przebrać i co nieco, wyluzować. Chociaż w takiej atmosferze, jaka tam panuje z pewnością będzie mi ciężko.
Pierwszy raz odkąd pamiętam miałam dylemat co założyć. Zdecydowałam się na turkusową sukienkę na ramiączkach, sięgającą mi do kolan, która według Michaliny i Gośki idealnie podkreśla moją ciemną karnację. Do tego założyłam czarne baleriny i rozpuściłam beztrosko wijące się blond kołtuny. Spojrzałam na zegarek, 23. Jeśli chciałam zastać moją siostrę chociaż trochę trzeźwą musiałam się pośpieszyć. Jeszcze tylko przeczesałam szczotką, moje okropne włosy, lekko musnęłam wiśniowym błyszczykiem usta, wzięłam torebkę i byłam gotowa do wyjścia.
Gdy już prawie byłam na miejscu zorientowałam się, że wieje chłodny wiatr, a ja mam na sobie tylko i wyłącznie przewiewną sukienkę, szkoda tylko, że dopiero teraz sobie to uświadomiłam. Byłam zbyt blisko celu, żeby teraz się wracać do domu. Weszłam do ciemnego klubu. Nic nie było słychać, wszystko zagłuszała głośna muzyka. W powietrzu unosiły się zapachy drogich perfum i alkoholu. Światła mieniły się kolorami, oślepiały mnie i jednocześnie sprawiały, że nic nie widziałam. To chyba nie możliwe żebym ją znalazła w tym tłumie. Podeszłam do baru z nadzieją, że ją tam zastanę. Niestety tak nie było. Postanowiłam, że usiądę, wypiję sok i spróbuję w między czasie ją znaleźć. Zapewne gdzieś tańczyła na parkiecie.
-Od tamtego pana. – Powiedział barman podając mi kolorowego drinka i wskazując na przystojnego bruneta, który właśnie zbliżał się w moją stronę. Ledwo dostrzegałam jego twarz, ale z pewnością mogłam stwierdzić, że gościł na niej dwudniowy zarost, który jakoś nie oszpecał, wręcz przeciwnie, idealnie pasował do nie okrzesanej czupryny i zalotnego błysku w oku.
-Co robi taki anioł, w takiej atmosferze? – Spytał ironicznie.
-Zapewne grzeszy. – Nie wiem, dlaczego tak odpowiedziałam. Nie sądziłam, że umiem flirtować. W sumie, to nie umiem.
-Za to ty, pewnie czujesz się jak w raju co ? – To miejsce idealnie do niego pasowało. Typowy podrywacz. Chyba. Właściwie, to skąd mam wiedzieć jak wygląda typowy podrywacz? Przecież jeszcze nigdy nie byłam podrywana. No właśnie to mnie też dziwi, że taki facet zwrócił na mnie uwagę.
-Nie oceniaj książki po okładce. Nie pijesz?
-Nie.- Odparłam dumna ze swojej abstynencji.
-Mało znam takich osób.
-To mnie akurat nie dziwi. – Może i był przystojny, ale z pewnością nie w moim typie. Poza tym, teraz miałam większe problemy na głowie, musiałam znaleźć moją młodszą siostrę, a już zaczęłam powątpiewać, że ona w ogóle znajduje się w tym klubie.
-Nie znasz mnie.- Oburzył się
-Dla tego, że nie chcę.
-To może chociaż zatańczysz? – nie rozumiałam dlaczego mu tak zależy, żeby mnie poderwać. Zakład z kumplami? Czy może zwykłe poczucie godności, nie pozwalało mu sobie odpuścić.
-Niby czemu ci tak zależy?
-Nie zależy, po prostu chcę się zabawić, a z daleka widać, że potrzebujesz trochę rozrywki.- Nie miałam teraz ochoty tańczyć, bawić się ani nic podobnego. Do tego uświadomiłam sobie, że nie umiem tańczyć i tylko się ośmieszę wychodząc na parkiet. Zrobiło mi się duszno. Odeszłam od baru i wyszłam na zewnątrz. Nie muszę się przed nim tłumaczyć, dlaczego tak nagle zniknęłam. Zapewne żadna dziewczyna wcześniej go nie olała. Jedyne czego teraz chciałam, to zaciszu, ale nawet na ulicy panował hałas.
-Wolisz tutaj tańczyć? – Zapytał kpiąco. -No dobra skoro ci tak zależy- Ściągnął kurtkę, włączył szybką muzykę na telefonie i podszedł chwiejnym krokiem. Dopiero teraz poczułam jego perfumy. Nie potrafiłam zidentyfikować zapachu, ale był bardzo ostry. Odruchowo odsunęłam się. – Chyba, że wolisz wolniejsze kawałki.- Zmienił muzykę, na wolną i przyciszył trochę robiąc „nastrój” przyciągnął mnie do siebie. Odepchnęłam go. Nie chciałam mieć nic wspólnego z tym typem. –Spadaj! –Krzyknęłam, ochroniarz zaczął podejrzliwie, na niego spoglądać, ale jeszcze nie interweniował. Wolałabym, żeby bez tego się obeszło. – Daj spokój, wyluzuj się. Nie zrobię ci krzywdy. Chcę tylko zatańczyć!
-Dlaczego ci tak zależy!?
-Bo lubię, atrakcyjne dziewczyny i lubię z nimi tańczyć. –Uśmiechną się i małym krokiem przybliżył się. Staliśmy tak blisko, że prawie stykaliśmy się ciałami. Nie mogłam się oprzeć, temu uśmiechowi, tym oczom, temu zarostowi. Nie mogłam się oprzeć jemu całemu! Był tak okropny, że aż idealny. Tak nie w moim typie, że aż go pragnęłam, pożądałam. Po raz pierwszy w życiu, cokolwiek tak chciałam, jak teraz poczuć smak jego ust, dotyk tych ciepłych dłoni, którymi jeszcze zaledwie dwie minuty temu mnie dotykał. Objął mnie ramieniem, muzyka ciągle grała. Spojrzał w moje oczy i.. coś się zmieniło, teraz patrzył na mnie całkiem inaczej. Nie jak na dziewczynę której pożądał, raczej którą szanował i której nie pozwoliłby skrzywdzić. Patrzył na mnie tak, jak mój starszy brat. Zaczęliśmy tańczyć, było zimno i ciemno, ale w tedy o tym nie myślałam. Żyłam tylko chwilą. Czułam się bezpiecznie. Po raz pierwszy w życiu tak się czułam. Wtuliłam się w jego pierś i nie obchodziło mnie już to, że ochroniarz patrzył na nas dziwnie, że ludzie nas omijali z daleka, że zaczęło padać.
Utwór się skończyć. Razem z nim cała magia chwili. Odsunęłam się, zdałam sobie sprawę, że już dawno jest po północy, a ja stoję przemoczona do suchej nitki z nieznajomym w ciemnej uliczce, zaraz obok dyskoteki, w której zaledwie pół godziny temu się znajdowałam.
- I co, aż taki straszny chyba nie jestem? No i nawet nie najgorzej tańczysz, co prawda podeptałaś mi czasem palce, ale może być – Powiedział i zaczął się śmiać. Mi nie było tak wesoło, szczególnie teraz, kiedy wszystko do mnie dotarło. Jak głupia jestem. Sądziłam, że nigdy do tego nie dojdzie, że nigdy nie dam się omamić, żadnemu facetowi, a już na pewno nie nieznajomemu!
-Tak, to bardzo zabawne! Swoją drogą tobie też nie poszło najlepiej. – Odwdzięczyłam się podobnym „komplementem”.
-Widzisz, jak chcesz to potrafisz się wyluzować. Szkoda tylko, że na tak krótko.
-Jestem wyluzowana! Ale jednocześnie odpowiedzialna. Nie cieszą mnie szczenięce zabawy. –Odparłam oburzona. Jeszcze raz, ktokolwiek mi powie, że nie umiem się wyluzować, to zabiję na miejscu!.
- Tak się nie da, a co do zabaw, to nie jestem tego taki pewien. Jesteś naprawdę dziwna.
-Uznam to jako komplement, tak jak większość twoich słów, a teraz pozwól ale muszę iść i znaleźć moją młodszą siostrę. Zresztą, chyba sobie odpuszczę, to bez sensu i tak jej nie znajdę w tym tłumie. Dzięki za taniec, ale mam już dość stania przemoczona na środku ulicy z nieznajomym.
-Jej, czyli to twój pierwszy raz? Że niby chcesz mi wmówić, że nigdy wcześniej nie tańczyłaś mokra, w ciemnej uliczce z podejrzanym typem ? Nie w to, to na pewno nie uwierzę. – Zaczął sobie żartować. Odruchowo się roześmiałam. Był jakiś inni, niż te „podejrzane typy”. Ufałam mu. Nie chciałam nic więcej mówić. Zresztą i tak nie wiedziałabym co. Odwróciłam się i poszłam. Chciałam wymazać ten wspaniały czas z nim. Tylko dlatego, że wiedziałam, że to się już nigdy nie powtórzy, że pewnie nigdy go już nie spotkam, że on już o mnie jutro nie będzie pamiętał, że to była tylko jednorazowa przygoda.
-Ej! Chciałbym wiedzieć chociaż jak się nazywasz!- Odwróciłam się. Stał zrezygnowany. Deszcz znów zaczął padać. Nawet mokry, w czasie ulewy wyglądał słodko, a jednocześnie tak męsko.
- Po co ci to wiedzieć? I tak pewnie się już nie spotkamy. – Gdy to powiedziałam, coś ukuło mnie w żołądku. Do oczu napłynęły łzy. Chciałam do niego pobiegnąć i znów się wtulić. Jak małe dziecko, tak beztrosko. Ale nie mogłam. Pomyślał by sobie, że jestem jakąś psychopatką, albo i gorzej.
- Będzie mi o wiele trudniej, cię spotkać, jeśli nie będę nawet wiedział jak się nazywasz.- czyli, że on niby chciał się ze mną jeszcze spotkać? Jasne… Nawet nie robiłam sobie nadziei, ale skoro, tak bardzo chciał, to proszę bardzo. Przy najmniej nie będzie miał wymówki, gdybyśmy na siebie gdzieś wpadli. Gdyby o mnie pamiętał. W co wątpię.
- Rita, Rita Jonson – Powiedziałam, nie odwracając się. Szłam przed siebie. On też już nic nie dodał. Oddalił się.
Rano wstałam łudząc się, żeby to był tylko piękny sen. Nie chciałam się zakochiwać. Miałam nadzieję, że i tak się nie stało. Chociaż od wczorajszego wieczoru nie mogłam o nim przestać myśleć. No właśnie o kim? Nie mogłam się zakochać w facecie, o którym nic nie wiedziałam, nie znałam nawet jego imienia. Zorientowałam się, że jestem jeszcze we wczorajszym stroju. Sukienka była cała pomięta, jeszcze trochę wilgotna i przesiąknięta jego perfumami. Na samą myśl się uśmiechnęłam.
Postanowiłam zająć się czymś normalniejszym niż wspominanie wczorajszego wieczoru i śmianie się do samej siebie. Poszłam sprawdzić, czy Michalina wróciła. Weszłam do jej pokoju ale jej nie było. Wtedy poczułam zapach świeżej kawy i naleśników. Kocham naleśniki. Coś musiało się stać, bo robi je tylko „na specjalne okazje” czyli wtedy gdy czegoś ode mnie chce, coś przeskrobie lub gdy są święta. O ile dobrze pamiętam dziś nie były ani moje imieniny, urodziny, a już na pewno nie święta. Tego bym nie zapomniała.
Zeszłam na dół. Musiałam wyglądać naprawdę okropnie, bo spojrzała na mnie, jak na ducha.
-Nawet gdy ta sukienka jest pamięta to i tak wygląda na tobie rewelacyjnie.- Zażartowała. –A ty nie chciałaś jej kupić.
-No dobra, co chcesz? Albo co zrobiłaś? –Spytałam bez owijania w bawełnę. Zawsze lubiłam bezpośredniość.
-Nic, ale za to ty chyba się genialnie bawiłaś. Za to, ja wróciłam z wyrzutami sumienia, do domu, a tam się okazało, że ciebie nie ma. – Wróciła? Zrezygnowała ze zabawy, tylko dlatego żeby pobyć chwilę ze mną. Przeprosić, posiedzieć i porozmawiać. Owszem czasem mnie wkurzała, ale właśnie w takich momentach ją najbardziej kochałam. -Sądziłam, że skoro wróciłaś tak późno to będziesz miała kaca, a nic tak nie stawia na nogi jak gorąca kawa i ulubiona potrawa. W twoim wypadku, to bezpretensjonalnie naleśniki. - Kaca ? Nie, aż tak to bym nie zabalowała.
-Mówiłam ci już, jak bardzo cię kocham?- Uśmiechnęłam się i poszłam ją przytulić. Wzięłam sobie talerz z naleśnikami. Dopiero teraz do mnie dotarło jak bardzo jestem głodna. Nie jadłam nic, od wczorajszego obiadu, składającego się, z sałatki i 7up’a. –Jestem potwornie głodna. Sądzę, że to może nie wystarczyć. – Zażartowałam.
-Chyba nie mam wyjścia i muszę usmażyć kolejną porcję. W przeciwnym razie, jeszcze z tego głodu zjesz mnie. – Wybuchnęłyśmy śmiechem.
***
Drogi pamiętniku, chyba się ZAKOCHAŁAM. Tak, wiem to wbrew wyznawanych przeze mnie wartości, do tego ten chłopak mógłby się wydawać, typowym podrywaczem, a jednak zawrócił mi w głowie, co jak wiesz, nie jest takie proste i jak na razie żadnemu się to nie udało. Nie wiem, czy coś z tego wyjdzie, w sumie nawet się nie łudzę, ale na samą myśl o nim, mam w brzuchu motyle.
***
-Zadzwonił! – krzyczałam w niebogłosy. –Naprawdę zadzwonił, i zaprosił na randkę, Miśka czy ty to słyszysz? – Myhym… to świetnie, ja też dziś wychodzę. – Ale gdzie? I z kim? Poza tym, myślałam że będziesz w domu gdyby nagle Gośka wróciła – nie chciałam, żeby młoda włóczyła się sama, albo raczej z jakimś kolesiem po tak wielkim mieście. Wiem, wiem, wiem… jak zwykle zrzędzę, ale taka moja natura, martwię się o nią. – Daj spokój, sama tego nie wiesz, gdzie i z kim idziesz, a ja znam przynajmniej jego imię, Mateusz. Prawda, że śliczne? – miała rację, nie mogłam iść z nim na tą randkę, przecież ja tego chłopaka znam zaledwie godzinę. Zresztą nawet niecałą. – Masz rację, nigdzie nie idę. – powiedziałam, zrezygnowana. – No nawet nie żartuj! Pierwszy raz ci się coś takiego przytrafia, a ty chcesz z tego jeszcze zrezygnować? Pójdziesz tam i moja w tym głowa! – Powiedziała i uśmiechnęła się złowieszczo. Kto jak kto, ale Michalina potrafi manipulować ludźmi. Wiedziałam, już że wszystko dla mnie zaplanowała. Nie miałam wyjścia.

Autor : Lullka

środa, 21 listopada 2012

Opowiadanie konkursowe "Niezwykłe Wydarzenie"

Czasami zastanawiam się, czy to, aby na pewno się wydarzyło. Nie jestem pewny, ponieważ do teraz nie mogę w to uwierzyć. 

*** 

- Idziesz? – Zapytał mnie Anthony stojąc przy mojej szafce. 
- Już. – Odpowiedziałem. Razem z tłumem innych uczniów podążyliśmy do szkolnej stołówki. Obiady nie były wyśmienite, ale gdy byliśmy głodni potrafiliśmy iść jeszcze po dokładkę. Wzięliśmy tace i dołączyliśmy do kolejki, która posuwała się ślimaczym tempem. Gdy w końcu dotarliśmy do kucharek dostaliśmy bezkształtną breję zwaną makaronem i dziwnie wyglądający sos. Cóż, lepsze to niż nic. 
Podeszliśmy do zwykle znajdującego się przed nami stolika i wtedy ją zobaczyłem. 
Dziś wyglądała wyjątkowo. Kręcone blond włosy spływały kaskadą na plecy, a niebieskie, bystre oczy patrzyły na osoby znajdujące się w pomieszczeniu. Na sobie miała zwykły czarny t-shirt i dżinsowe rurki. Ot, zwykły strój, ale na niej wyglądał niesamowicie. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Odwzajemniłem uśmiech, ale miałem wrażenie, że wyglądam jak idiota. Czyli jak zwykle. No dobra, nie było ze mną aż tak źle. Mam zielone oczy i dłuższe włosy, 180 centymetrów wzrostu i wysportowaną sylwetkę, to akurat zawdzięczam regularnym treningom w koszykówkę. 
- Michael! Puk, puk! Jest tam kto? – Anthony zwrócił na siebie moją uwagę, czego on znowu chciał? 
- Co? – Zapytałem. 
- Pytałem o to, czy mamy jutro sprawdzian z trygonometrii, ale najwyraźniej byłeś w swoim świecie razem z nią. 
Czy to naprawdę jest aż tak widoczne? Niemożliwe. 
- Nie, nie mamy jutro testu. – Mówiąc to podniosłem wzrok na osoby dosiadające się do nas. 
- Nie wierzę, że każą nam to jeść. – Sophie skrzywiła się. Zmrużyła brązowe oczy i wpatrywała się oczekująco w Anthony’ego. 
- Fakt, nie wygląda zachęcająco, ale gdyby zamknąć oczy i zatkać nos, to dałoby się to skonsumować. – Chłopak przyglądał jej się spokojnie, ale pod fasadą skrywał zupełnie inne uczucie. Jak na dłoni widać było, że za nią szaleje. I z wzajemnością zresztą. Jeden tylko mankament niestety nie pozwala im być razem. A mianowicie: żadne z nich nie chce się do tego uczucia przyznać. 
- Jak samorządowi idą przygotowania do halloween? – Usłyszałem pytanie skierowane w moją stronę przez Jamesa. 
- Hmmm… Dobrze, mamy już zapewniony catering i napoje, jeszcze trzeba tylko zamówić dekoracje i je zamontować. – Odpowiedziałem. Skierowałem swój wzrok z powrotem na Caroline. Nie patrzyła już na mnie. Poczułem zawód. 

Powoli powlokłem się po schodach do mojego pokoju. Przeszedłem przez drzwi i poczułem się zmęczony. Pstryknąłem przełącznikiem światła, omiotłem wzrokiem pomieszczenie i po raz kolejny zdziwiłem się na paradoks się w nim mieszczący. Jedną ze ścian pokrywały koszulki drużynowe, zdjęcia i półki z pucharami wygrane podczas meczy. Drugą jednak pokrywała jedna, wielka, wypełniona po brzegi półka z książkami. Od klasyki, poprzez kryminały, do fantastyki (którą, nawiasem mówiąc, najbardziej lubię). Znajdowały się tam powieści Tołstoja, Charlotte Bronte, Jane Austen, Dana Browna, Johna Marsdena, Trudi Canavan i wielu, wielu innych. 
Moich kumpli zawsze dziwiło, że lubię czytać, ale to nie moja wina, ze odziedziczyłem to po rodzicach. Mama jest bibliotekarką, a tata pisarzem. Nie mówię, że ciągle tylko czytam, w końcu na imprezy też chodzę (nawet często), ale lubię to. 
Spojrzałem w kierunku okna i zobaczyłem ją. Siedziała na swoim łóżku i przyglądała mi się. Sięgnęła po blok i marker. Szybko coś w nim zapisała i odwróciła w moją stronę. Mimo, że nie rozmawialiśmy werbalnie już dawno to utrzymywaliśmy ze sobą kontakt kartkowo-okienny. Kiedyś bardzo się przyjaźniliśmy, potem każde z nasz poszło swoją drogą, ja zacząłem chodzić na treningi kosza, ona na balet, śpiew i malarstwo. Miała talent. 
Na kartce napisane było: „Co u Ciebie?”. Uśmiechnąłem się i sięgnąłem po leżące niedaleko puste, białe kartki i flamaster. Szybko nabazgrałem odpowiedź „Nic, a u Ciebie?”. Odwracając kartkę spojrzałem w niebieskie oczy Caroline i w mojej głowie pojawiły się obrazy, których wcale nie powinno tam być. 
- No już, napisz jej, że maci się spotkać. – Usłyszałem dźwięk czyjegoś głosu, ale nikogo nie zobaczyłem. W pokoju nadal byłem sam, a drzwi na pewno zamknąłem. Jeszcze raz obejrzałem się, a przed moimi oczami pojawiły się dwa duchy. Chwila, chwila… Duchy?! 
- Co tak patrzysz? Pisz! – Po raz kolejny do moich uszu dobiegł dźwięk, ale nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Szybko odwróciłem głowę w kierunku dziewczyny w oknie domu obok. Przyglądała mi się tylko, więc pewnie nie widziała, że w moim pokoju są zjawy z zaświatów. Spojrzałem na kartkę przez nią zapisaną, napisała, że nic ciekawego, że przeprasza, ale musi się uczyć. Zasłoniła okna i ostatnie co widziałem to jej długie, kręcone blond włosy znikające za zasłoną. 
- Kim, a raczej czym jesteście i co tu robicie?! – Wyszeptałem do dwóch duchów. 
- Ja jestem Mary – mniejsza zjawa wskazała na siebie. – A to Matt. Przyszliśmy cię zmotywować do działania. Nie możemy patrzeć na to, jak się męczysz. 
- Proszę?! 
- To co słyszałeś. – Po raz pierwszy w tej absurdalnej sytuacji odezwał się duch-chłopak. Jego głos z pewnością musiał należeć do nastolatka. 
- O mój Boże… - Wyszeptałem. Nie mieściło mi się to w głowie. 
- No, no. Bóg nie ma z tym nic wspólnego. – Duchy powiedziały to równocześnie. A potem ogarnęła mnie ciemność. 

*** 

To z pewnością mi się śniło. Za dużo kofeiny źle działa na człowieka. Zacisnąłem mocno powieki i przedłużałem chwilę, gdy będę musiał otworzyć oczy. Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden… Omiotłem spojrzeniem pokój i… 
- No nareszcie. Już myśleliśmy, że nigdy nie wstaniesz. Czy nie sądzisz, że mdlenie jest niemęskie? – Usłyszałem głos Matt’a. Czyli to jednak prawda. 
- To tylko mi się wydaje, to tylko mi się wydaje… - Zacząłem powtarzać jak mantrę, jednak zjawy nie znikały. 
- Wiesz Mary, on chyba nie może uwierzyć, że my istniejemy. 
- Potwierdzam, nie zaprzeczam. – Odpowiedział duch do którego zdanie było skierowane. – Słuchaj, teraz musimy już iść, ale jeszcze tutaj przyjdziemy. 
Puf. Zniknęły. 
Odetchnąłem z ulgą i spróbowałem wstać na własne nogi. To nie mogło być naprawdę. To na pewno naprawdę się nie zdarzyło. Na pewno, na pewno, na pewno. Bezsiły położyłem się na łóżku i zasnąłem. 
*** 

- Wstawaj śpiochu! Szkoda dnia! – Usłyszałem nad uchem damski głos. Co?! 
- To nie może dziać się naprawdę. – Wymamrotałem sennie i miałem nadzieję, że mam rację. Nie miałem. Duchy były w moim pokoju. – Czego chcecie? – Powiedziałem już całkiem rozbudzony. 
- Tylko ci pomóc, nic więcej. – Zsynchronizowane jak szwajcarskie zegarki zjawy odpowiedziały jednocześnie. 
- Nie potrzebuję pomocy. 
- Owszem potrzebujesz. 
- Nie. 
- Tak. 
- Nie. 
- Tak. 
Podczas słownej sprzeczki zacząłem się ubierać. Duchy, chyba z przyzwoitości (przynajmniej tyle) odwróciły wzrok. 
- Nie, nie potrzebuję. – Wziąłem do ręki plecak i otworzyłem drzwi. – Jak wrócę to ma was tu nie być. 
Wyszedłem i trzasnąłem drzwiami. Szybko zahaczyłem o kuchnię, skąd porwałem przygotowane przez gosposię May śniadanie. 

Cały dzień przeleciał beznadziejnie. Nie potrafiłem się nad niczym skupić. Dopiero na treningu humor i dobre samopoczucie wróciło. Zapomniałem o tej nienormalnej sprawie, bo moja uwaga skoncentrowała się na wrzuceniu piłki do kosza. Uderzanie przedmiotu o podłoże nadało rytm moim krokom, a bicie serca dopasowało się do niego. 
- Ona patrzy! – Znienacka przede mną pojawił się Matt. Zaskoczony straciłem rytm, piłka nie odbiła się tak jakbym sobie tego życzył, wleciała mi pod nogi, a ja jak długi poległem na ziemi. Jakby tego było mało, to doświadczyłem uczucia przejścia przez ducha. Miałem wrażenie, że ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. 
- No to raczej nie pomoże ci w poderwaniu jej. – Matt rzucił krótko i zdematerializował się. 
- Thomas! Co ty do cholery wyprawiasz?! – Krzyknął w moim kierunku trener, a ja usłyszałem gromki śmiech pozostałych chłopaków z drużyny. 

- Nie było tak źle. – Anthony próbował mnie pocieszyć, ale nie bardzo mu to wychodziło. – No może oprócz tego, że jesteś, słyszę odbicia piłki, mrugam, a ty nagle leżysz na ziemi. – Powiedział i gromko się zaśmiał. 
- Ale ty śmieszny jesteś. – Odparowałem z sarkazmem. 
- Chodź, odwiozę cię do domu… - Nadal śmiejąc się poprowadził nas do samochodu. Mimo, że obaj mieliśmy prawko to on pierwszy dorobił się samochodu, skurczybyk. 
- Jak tam dekoracje hallowen? 
- Dobrze, a co? Jesteś chętny do pomocy? – Zapytałem. Co oni tacy dociekliwi ostatnio w związku ze świętem (o zgrozo!) duchów? 
- Hm… Nic, nic. – Odrzekł szybko speszony i… Zaczerwienił się. Co? Anthony się zaczerwienił?! 
- Mów. – Powiedziałem krótko, a on nie wytrzymał. 
- Zaprosiłem na bal Sophie. – Wyrzucił z siebie jednym tchem. Potrzebowałem chwili na rozszyfrowanie jego słów. 
- No Stary, gratuluję, że w końcu się przełamałeś. – Już myślałem, że nigdy tego nie zrobi. – Zgodziła się? 
- Nie uwierzysz, ale tak. – On naprawdę tego nie widział, że jej się podoba? 
- No to jeszcze lepiej. – Poklepałem go po plecach. Szczęście, że do imprezy został tylko jeden dzień. W tym roku nie wybieram się z nikim. Nie miałem ochoty na towarzystwo żadnej dziewczyny, oprócz Caroline. Pech chciał, że ona umówiona już była z Paulem. Jak ja gościa nie cierpię! 
Dojechaliśmy pod mój dom, wysiadłem, a Anthony odjechał do siebie. 

*** 

Pary szły po czerwonym dywanie w kierunku sali balowej. Udekorowana była w sposób, że nie można było poznać, iż za dnia pocą się na niej setki uczniów. Czarny materiał udrapowany był na ścianach i, jakimś cudem, na suficie. W rogach stały „przerażające” potwory, z jednej strony sali ustawione były stoły i krzesła, z przodu było miejsce dla kapeli, która w tym roku dla nas zagra, największą część zajmował parkiet. Gdy pomieszczenie powoli się zapełniało ja szukałem tylko jednej twarzy. Jest! Dostrzegłem ją. Caroline ubrana była w długą, krwistoczerwoną gorsetową sukienkę, włosy upięła w misterny kok na głowie, na szyi miała czarną kolę. Wyglądała zjawiskowo. 
Impreza zaczęła się na dobre, ludzie tańczyli i wygłupiali się. Niektórzy, tak jak ja siedzieli przy stolikach. W pewnym momencie dosiad się ktoś do mnie. Podniosłem wzrok i spostrzegłem, że była to Caroline. Już miałem się odezwać, gdy DJ zapowiedział jeden z wolniejszych kawałków. Nie pozostało mi nic innego, jak poprosić dziewczynę do tańca. 
W połowie piosenki w mojej głowie pojawiła się myśl: „Zrób to!”. Caroline widząc co zmierzam wspięła się na palce, powoli przysunąłem swoje usta do jej warg. Gdy nasze ciała się zetknęły – odpłynąłem. Wszystkie myśli, oprócz jednej, odpłynęły z mojego umysłu. 
- No nareszcie. – Usłyszałem w uchu głos Mary. Oderwałem się od Caroline i zmierzyłem duchy groźnym spojrzeniem. Na sekundę przeniosłem wzrok na dziewczynę obok mnie i spostrzegłem, że ona też wpatruje się w zjawy z groźnym błyskiem w oku. 
- Matt, Mary! Co wy tu robicie? Przecież mówiłam, że ma was to nie być! – Krzyknęła, a duchy jakby się skurczyły.
- To ty o nich wiesz?! – Wypowiedziałem zdumiony. 
- Oczywiście. To ja je do ciebie przysłałam. 

Autor : Klaudia Karolina Klara

poniedziałek, 19 listopada 2012

Opowiadanie konkursowe "Moje prawdziwe ja"

W małym mieście zwanym Bełchatów, mieszka dziewczyna imieniem Kasia. Ma ona 16 lat. Razem ze swoją rodziną liczącą cztery osoby mieszka w małym domku w środku lasu. Uwielbia ciche i długie spacery po tym pięknym miejscu. Po prostu kocha naturę. Najczęściej również wychodzi tam ze swoją najlepszą przyjaciółką. Tym razem była sama. 
- Może to nie najlepszy pomysł wychodzić się przejść po lesie po północy… - pomyślała dziewczyna, lecz zaraz odrzuciła tą myśl. 
Szła wzdłuż torów mijając po obu stronach różnorakie pola i domy. Wyglądało na to, że tylko ona wybrała się na przechadzkę o tej porze. Nie przeszkadzało jej to. Była dzielna. 
Idąc wpatrywała się w księżyc, który swoim srebrzystym światłem oświetlał jej drogę. Wiatr delikatnie muskał jej twarz, a jej blond loki tańczyły na wietrze. Wzięła głęboki oddech i ruszyła dalej. Z kieszeni kurtki wyciągnęła słuchawki i włożyła je do uszu. Włączyła jej ulubioną piosenkę i na chwilę przysiadła na torach. Zamknęła oczy. Podśpiewywała pod nosem. Piosenka się skończyła i Kasia otworzyła oczy. Przed nią stał chłopak. Przestraszona jego obecnością przewróciła się do tyłu. On podszedł i podał jej rękę. 
- Przepraszam, nie chciałem Cię przestraszyć – podniósł ją – Jestem Łukasz, a ty? 
- … jestem Kasia. Co ty tu właściwie robisz? – zrobiła zdziwioną minę 
- Mógłbym zapytać o to samo – uśmiechnął się zalotnie. 
- Ja tu spaceruję – odwzajemniła uśmiech, chociaż czuła się niepewnie wobec zupełnie nieznanej jej osoby. 
- Hm… a więc, może się przejdziemy? 
- W sumie możemy – nie była przekonana co do tego czy może czuć się bezpiecznie, ale postanowiła mu zaufać. 
Po kilku minutach szli już lasem, który pięknie wyglądał w nocy. W prawdzie nie było widać wszystkiego, ale chyba tak było dobrze. Podążali jedną z leśnych ścieżek, gdy nagle coś usłyszeli. To był niepokojący dźwięk. 
- Schowaj się za mną – powiedział do niej, a ona od razu zrobiła co mówił. W jednej sekundzie z pięknego krajobrazu, las stał się strasznym miejscem. Z krzaków wyszło kilku ludzi w czarnych szatach ze spuszczonymi głowami w dół. Otoczyli dwójkę ludzi i każdy z nich wyciągnął w ich stronę prawą rękę. Zaczęli mówić lecz brzmiało to jak bełkot. Okazało się, że Łukasz zrozumiał ich dobrze. Tylko obrócił się do niej i wręczył tajemniczą kartkę z dziwnymi zapiskami. Szeptał jej do ucha tak by zrozumiała, ale nie mogła się skupić ponieważ był taj blisko niej… czuła jego oddech na szyi. To było niezręczne. 
- Weź tą kartkę i skieruj na te stwory kiedy Ci powiem. Potem wypowiedź słowa starożytnej przepowiedni : „Oto ja najwyższa czarownica. Jestem tu by uwolnić mój świat od złych stworzeń, które się tu panoszą. Przybyłam by was wyzwolić.” Rozumiesz? – dziwne emocje targały nią. Nie wiedziała co powiedzieć, a dopiero co zrobić. Zaufać mu? 
- Dobrze, zrobię to. – odwrócił się tak jak stał wcześniej. 
- Już! – stwory były zdziwnione. 
- … „Oto ja najwyższa czarownica. Jestem tu by uwolnić mój świat od złych stworzeń, które się tu panoszą. Przybyłam by was wyzwolić.” – z każdym jej słowem kawałek papieru, który dostała od niego, świecił się coraz bardziej aż w końcu po wypowiedzeniu całych trzech zdań rozbłysnął na złoto. Dziwni przybysze zaczęli wyć w bólu i spalać się w świetle. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy nie wiedząc właściwie co się dzieję. 
- Chodźmy stąd, szybko! – krzyknął do niej i złapał ją za rękę aby potem uciec dalej w las. Gdy już przystanęli zdyszana dziewczyna zaczęła pytać. 
- Co to było? Co to za dziwna kartka? I o co właściwie chodzi?! 
- Kartka, którą Ci dałem nie jest zwykła. Jest w niej magia, która należy do Ciebie… a właściwie do twojego rodu. Twoja matka mi to dała na wypadek niebezpieczeństwa i kazała Cię odszukać. Moim zadaniem jest Cię sprowadzić do domu, Królowo czarownic – pokłonił jej się nisko, ale ona nadal nie rozumiała co tu zaszło, więc kontynuował – Jesteś jak na razie ostatnią z twojego rodu, w którym rodziły się same najznakomitsze czarownice. Twoja matka straciła już moc, więc teraz ty jesteś naszą Królową, Królową wszystkich stworzeń mitycznych. Twoja rodzina podrzuciła Cię do normalnej rodziny gdy byłaś niemowlakiem. To dla twojego bezpieczeństwa. Stworzenia, które widzieliśmy to tak zwani cieniorodni. Oni chcieli Cię dopaść i zabić, lecz nie mogli zrobić tego przed ukończeniem przez Ciebie szesnastu lat. Dlatego się pojawili. Teraz już nie zadawaj pytań. Musimy szybko przejść przez magiczną bramę i uratować nasz świat. – Prosił, więc nie pytała o nic więcej. Dziwnie się poczuła słysząc takie rzeczy. Zrozumiała, że od początku jego celem było jej znalezienie. Pomimo tych zdarzeń była nadzwyczaj spokojna. Chłopak nadal trzymał ją mocno za rękę. Czuła jego ciepło. Zdawało jej się, że już wie że go kocha. Ta jego obecność i jej obrona (chociaż zaplanowana z rozkazu jej matki) była urocza i kojąca. 
Westchnęła, a on obrócił się i spojrzał jej w oczy. 
- Coś nie tak? – stanął tak blisko, że ich nosy się stykały. 
- N-Nie… wszystko ok, ale… 
- Tak? 
- Czy mógłbyś stanął troszeczkę dalej? – spojrzał na jej twarz, która była cała czerwona. Wtedy jego twarz też się taka zrobiła. 
- Przepraszam Cię, chodźmy już - nadal wydawało mu się że o czymś zapomniał… Kasia wiedziała o czym. Brunet wciąż trzymał jej dłoń co sprawiło, że zrobiło jej się miło na sercu. 
W końcu oboje dotarli do wielkiej bramy. Łukasz dał jej kolejną kartkę i kolejną formułkę do wyrecytowania. Gdy zrobiła co jej kazał brama otworzyła się, a oni przeszli na drugą stronę. Weszli do wielkiego zamku, który ból w kolorach krwi i złota. Na tronie siedziała jej mama, która wszystko jej wyjaśniając zaczęła przygotowania do ceremonii koronacyjnej. 
- Eh… stresuje się – przegryzła wargę. 
- Nie bój się – złapał jej obie dłonie - Jestem przy tobie – uśmiechnął się. 
- Dziękuję. 
Kilka godzin później sala tronowa była już gotowa do ceremonii. Katarzyna rozejrzała się wokół Sali. Wszędzie było pełno ludzi, ale ona chciała dostrzec jedną osobę. Nagle z jednego z rzędów zaczął jej machać chłopak, którego szukała. Kiwnęła do niego głową. Uroczystość rozpoczęła się przemówieniem byłej Królowej, która jako jedyna miała prawo koronować swoją zastępczynię. Po ukoronowaniu Kasi jako nowa królowa całego świata wyimaginowanego ona poszła do Łukasza. 
- Byłaś świetna, gratuluję korony wasza wysokość – znów się ukłonił, ale ona go podniosła. 
- Proszę Cię, zbędne mi te tytuły i korony kiedy mam Ciebie! – zaczerwienił się kiedy to usłyszał. Stanęła na palcach i pocałowała go prosto w usta. On to odwzajemnił. Przytulili się stojąc na środku wielkiej Sali. Zaczęły strzelać fajerwerki. Wyszli na dwór, żeby je pooglądać. 
- Obiecasz mi coś? – mówiła wtulona w niego. 
- Wszystko. 
- 1. Sprowadzimy tu moich przyjaciół i Ziemską rodzinę. 2. Zostaniesz ze mną na zawsze… - zachichotała cicho czekając na odpowiedź. 
- Oczywiście – odrzekł i pocałował ją z uczuciem. W bezruchu stali tak na tle wybuchających z hukiem fajerwerek. Opierając się czoło o czoło. 

Długo potem szczęśliwie żyli w świecie wyimaginowanym ze swoimi dziećmi i znajomymi Kasi z świata realnego. Wszystko dobrze się ułożyło. Kasia już nigdy nie była samotna i dowiedziała się prawdy o sobie. Bardzo polubiła czary, chociaż wiedziała, że wszystko ma swoje zasady i nie może czarować kiedy jej się tylko podoba, ale i tak to uwielbiała. 
Tak zakończyła się historia tych dwojga zakochanych… lecz nie normalnych „ludzi”. Ona była czarownicą, a on wampirem. 


Autor : Hiyori

sobota, 17 listopada 2012

Opowiadanie konkursowe "Nieśmiertelna miłość..."

Nareszcie nadszedł czas upragnionych wakacji, ostatnie pół roku było niewyobrażalną udręką dla przyjaciółek, nie mogły się bowiem doczekać wspólnie spędzonych chwil w miejscu, które już rok wcześniej zwiedziły i były zachwycone. Niecierpliwość była jeszcze większa z racji tego, że nie miały jechać tam same, wszystkim towarzyszyły ich drugie połówki. To miał być niezapomniany i pełen przygód wyjazd, dlatego właśnie wszyscy zainteresowani zatroszczyli się o to, by niczego im nie brakowało...

Dzień wyjazdu to dużo pozytywnych emocji, ale też nerwy, czy aby na pewno wszystko spakowane... W niedzielne popołudnie o 15 wszyscy umówili się, że przygotowani będą czekać na przyjazd kierowców, jechało 8 osób, wszyscy mężczyźni mieli prawo jazdy, uzgodnili, że pojadą na dwa samochody i w drodze będą się wymieniać za kierownicą.

Na początek Jarek pojechał po swoją dziewczynę Kasię, później zabrali do jego samochodu jeszcze Pawła i Monikę, natomiast Kacper przyjechał z Agnieszką, Tomkiem i Sylwią. Wszystkie pary spotkały się na parkingu w centrum miasta, by ustalić jeszcze raz trasę podróży, kto będzie jechał przodem, w czasie, gdy męska część grona zapinała wszystko na ostatni guzik, dziewczyny poszły po małe przekąski do pobliskiej stacji, wracając rozkoszowały się widokiem swoich zamyślonych facetów i przepyszną kawą ze stacji.

Nadszedł czas, by wyruszyć w drogę ku przygodzie, Pary usiadły obok siebie w samochodzie, czas mijał im na wspólnych rozmowach, żartach i przekomarzaniu się, wszyscy wiedzieli już, że nic nie może tego zepsuć. Po kilku godzinach jazdy Jarka i Kacpra zastąpili Tomek i Paweł za kierownicą. O godzinie 20 byli już na miejscu, nie planowali żadnych większych wypadów tego dnia, mieli bowiem tydzień na zwiedzenie okolicy, a ten wieczór każda para z osobna planowała spędzić w inny sposób. Dziewczyny postanowiły zamieszkać w jednym pokoju, chłopcy nie sprzeciwiali się, akceptowali to, że przyjaciółki tak bardzo się szanują i imponowało im to, tym bardziej dlatego, że i tak planowali późnymi nocami wracać do pensjonatu...

Wszyscy rozpakowali się i zjedli kolację w ciągu godziny, później każda para poszła w swoją stronę.

Tomek zabrał swoją ukochaną na spacer, zapowiadała się bowiem piękna, gwieździsta noc. Sylwii bardzo spodobał się ten pomysł, lubiła spędzać z nim czas w takich warunkach, jego towarzystwo zapełniało ciszę jaka ich otaczała. Wyszli z pensjonatu i udali się drogą w prawo, chłopak objął dziewczynę w talii, ona zbliżyła się do niego, na twarzach zakochanych pojawił się miły uśmiech, czuli się szczęśliwi...

Zatrzymali się na środku drogi, wokół słychać było tylko granie świerszczy, żadnych samochodów, ludzi, jakby wszyscy wiedzieli, że to jest ich wieczór, nad nimi rozbłyskiwały się piękne gwiazdy. Chłopak zauważył jakiś budynek w surowym stanie, bez zastanowienia ruszyli ku niemu, o tej porze mieli pewność że nikt ich tam nie zastanie, a w końcu nie mieli żadnych złych planów... Wyszli na górę, położyli się na betonowej wylewce i podziwiali gwieździste niebo, po kilku minutach Sylwia usiadła, Tomek zrobił to samo, objął ukochaną swoim ramieniem a ona swobodnie położyła głowę na jego piersi, czuła jak szybko bije jego serce, wiedziała że należy do niego, już na zawsze...

Tkwiła w swoich przemyśleniach i gdyby nie głos ukochanego przegapiłaby niesamowitą sytuację „spójrz, spadająca gwiazda” zawołał Tomek, oboje wpatrywali się jak powoli sunie po niebie, by w końcu wpaść w ciemną otchłań, chłopak spojrzał na Sylwię, ich usta zetknęły się w gorącym pocałunku, który mógłby trwać wieczność „jakie miałaś życzenie?” zapytał Tomek, Sylwia odpowiedziała tylko „właśnie się spełniło, dziękuję” i znów zatonęła w jego ramionach, ona również zapytała go, czego sobie zażyczył „chciałem, żeby tak było już zawsze, ty i ja razem...” dziewczyna spojrzała na niego, w jej oczach pojawiły się łzy, z trudem przełykała ślinę, chłopak nie spuszczał z niej wzroku, nie bał się powiedzieć co czuje, był tego pewien, dziewczyna również wiedziała co czuje „kocham cię” powiedzieli równocześnie, co wywołało na ich twarzach uśmiech, byli jednością, której nic nie mogło rozdzielić...

Po kilku godzinach spędzonych w swoim towarzystwie wrócili do pensjonatu, Tomek odprowadził Sylwię pod jej pokój, pocałował na dobranoc i poszedł do swojego pokoju.

Było kilka minut po północy, dziewczyna wyciągnęła z szafy piżamę i kosmetyki, zamierzała pójść do łazienki, pod prysznic, zajrzała wcześniej do torebki, wyciągnęła telefon i sprawdziła pocztę „całą szóstką siedzimy w klubie kilometr od pensjonatu, przejeżdżaliśmy obok niego, na pewno traficie, wpadajcie” to był SMS od Agnieszki, dopiero teraz dziewczyna zorientowała się, że przyjaciółek nie ma w pokoju. Wyszła na korytarz i udała się w stronę łazienki, na jej drodze stanął jej ukochany, w pierwszej chwili przestraszyła się, później jednak dźgnęła go tylko palcem w brzuch w akcie zemsty za to, że ją wystraszył „dostałaś SMS-a od Agi?” zapytał chłopak „tak, ale nie mam ochoty imprezować dzisiaj, idę pod prysznic”, chłopak uśmiechnął się łobuzersko na tę myśl, od razu dostał kuksańca od dziewczyny, obojga to rozbawiło, „idź idź Skarbie, też teraz pójdę, a później przyjdę do ciebie jeśli mnie wpuścisz, tylko pospiesz się z tym prysznicem bo już tęsknię”. Sylwia szybko zdjęła z siebie ubrania, wślizgnęła się pod prysznic i zapomniała o otaczającym ją świecie, gorąca woda spływała po jej ciele, czuła się bezpieczna, kochana... Nagle zapragnęła jak najszybciej przytulić się do swojej miłości, wmasowała szampon we włosy, dokładnie spłukała, później wtarła w swoje ciało balsam, którego zapach bardzo podobał się Tomkowi, ubrała się, wyszczotkowała zęby i zbiegła do swojego pokoju, on już tam był czekał na nią w samych spodenkach „Hawajkach”, uśmiechnęła się na jego widok i podeszła do niego, ubrana w zwiewną bluzkę na szeleczkach i krótkie spodenki. Przytulił ją, ona ułożyła głowę na jego ramieniu, czuła jego wodę toaletową, musiał się właśnie golić, lubiła ten zapach, działał na nią jak bardzo mocny narkotyk, była uzależniona, uzależniona od miłości... Spędzili w swoim towarzystwie całą noc, rozmawiali, całowali się, rozmawiali, całowali się, Tomek, ani na chwilę nie pozwolił się jej wyswobodzić ze swoich ramion, ona nawet nie próbowała się uwolnić, nawet wtedy, gdy jego usta przywarły do jej karku na kilka długich minut, czego dowodem była prawie fioletowa malinka, był zadowolony ze swojej pracy, duma go rozpierała, Sylwia nie pozostała mu dłużna, dokładnie w tym samym miejscu na szyi zrobiła mu równie mocną malinkę, oboje śmiali się z siebie. Nie wiedzieli kiedy zasnęli wtuleni w siebie...

Około 9 rano następnego dnia Sylwia obudziła się, na widok Tomka na jej twarzy pojawił się uśmiech, nie tyle ze szczęścia, co z rozbawienia, chłopak bowiem spał jak niemowlę, z rozdziawioną buzią, ręką pod poduszką, nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Po chwili znalazła się na dole, w kuchni, robiła śniadanie dla obojga. Dopiero wtedy dotarło do niej, że przecież jej przyjaciółki jeszcze nie wróciły, pobiegła z powrotem do pokoju, Tomek już nie spał, przywitał się ze swoją dziewczyną, objął ją od tyłu i przyglądał się jej poczynaniom, Sylwia wyciągnęła telefon i wybrała numer swojej przyjaciółki Agnieszki, dziewczyna odebrała po kilku sygnałach „jesteśmy w pokoju obok, przyszliśmy dzisiaj o 3 do pokoju, ale tak słodko spaliście, że nie chcieliśmy przeszkadzać, chłopcy nas miło przyjęli” zdołała usłyszeć od Agi, wyszli z pokoju i powędrowali do swoich przyjaciół.

„No no no widzę, że gołąbki się wyspały, żałujcie że was nie było z nami, impreza zdecydowanie zaliczona do udanych” powiedział Jarek uśmiechnięty od ucha do ucha i nadal pełen energii.

Po śniadaniu dziewczyny pożegnały się z ukochanymi i poszły na zakupy, które były tylko wymówką do rozmowy, tzw. babskich plotek, miały sobie dużo do powiedzenia, każda bowiem przeżyła piękne chwile ze swoim ukochanym, Sylwia w dodatku miała jeszcze dowody na to że było cudownie, ogromną malinkę na karku, która mimo usilnych jej starań nie uszła uwadze przyjaciółek. Po dwóch godzinach wróciły do pensjonatu, wszystkie pary porozumiewały się ze sobą podczas obiadu, wystarczyło spojrzenie by przypomnieli sobie ostatni wieczór. Tego popołudnia wszyscy wybrali się nad rzekę, każdy się dobrze bawił, na nikim nie pozostała sucha nitka, ale w tak słoneczny dzień wszystkim się to przydało, wieczorem wrócili do pensjonatu i każda z par postanowiła w inny sposób spędzić ten czas, jedni na długim spacerze, inni w klubie, jeszcze inni postanowili zostać w pensjonacie, natomiast Sylwia i Tomek pojechali samochodem Jarka w miejsce widokowe, z którego widać było nocną panoramę całego miasta, zachwyceni widokiem podziwiali każdy szczegół, każde światło, nic nie uszło ich uwadze.

Tomek co chwila gładził jej włosy, kark, trzymał za rękę, całował czule i przytulał do siebie, Sylwia odwdzięczała się tym samym, oboje czuli nieodpartą chęć spędzenia ze sobą całego życia, tak planowali, nikt nie mógł stanąć na ich drodze, ta miłość była zbyt silna, by ktokolwiek mógł to zniszczyć.

Każdego dnia spędzali ze sobą czas, wieczorami byli sami, nikt nawet nie próbował im przeszkadzać, ich przyjaciele również znaleźli swoją miłość, dlatego też każdy chciał jak najwięcej czasu spędzać tylko w towarzystwie swojej drugiej połowy, swojej miłości...

W dniu wyjazdu Tomek zabrał Sylwię na przejażdżkę, by jeszcze raz zobaczyli miejsca, w których spędzali wspólnie czas, gdy wrócili do pensjonatu grupa przyjaciół obiecała sobie, że za rok wrócą tutaj w tym samym składzie, Tomek obiecał Sylwii, że znów spędzą tak piękne chwile w tych samych miejscach, z łobuzerskim uśmieszkiem obiecał, że znów zrobi jej taką malinkę, ona obiecała mu to samo.

Droga powrotna ani trochę im się nie dłużyła, wszyscy rozmawiali o swoich przeżyciach, wszystko trwało zbyt szybko i każdy żałował, że trzeba już wracać, jednak na myśl o wspomnieniach uśmiech sam pojawiał się na twarzach. Tomek, póki nie prowadził samochodu, cały czas trzymał ukochaną w ramionach, szeptając jej do ucha, że kocha, że będzie tęsknił za każdą z tych chwil i że muszą takie wycieczki organizować znacznie częściej, tylko we dwoje, dziewczynie bardzo spodobał się ten pomysł, pocałowała go w policzek i właśnie wtedy Tomek musiał usiąść za kierownicą.

Do tej pory zakochani wspominają te piękne chwile i wspólnie przeżywają wiele innyc przygód, bo ta miłość nie ma prawa się skończyć, jest nieśmiertelna...

Autor : Gosiek